Źródło: Informacje24.co.uk na podstawie Rzeczpospolitej

Zagubieni, biedni, odcięci od bliskich, którzy zostali w kraju, coraz częściej są ofiarami swoich partnerów – pisze w swoim czwartkowym artykule Rzeczpospolita.

Gazeta podaje przykład Anny (imię zmienione), która żyje w Londynie w nieformalnym związku z Portugalczykiem. Mają kilkumiesięczne dziecko. Według niej dochodzi nieomal codziennie do awantur. Mój partner posuwa się coraz dalej. Demoluje mieszkanie. Jeszcze nie uderzył, ale od kilku miesięcy straszy, że zabije mnie, moją rodzinę, naszą córkę, siebie – zwierza się Anna.

Chce uciec do Polski, ale boi się, że angielskie prawo stanie po stronie ojca, po którym dziecko ma nie tylko nazwisko, ale i podwójne obywatelstwo. Tego typu sytuacje zdarzają się jednak nie tylko w przypadku Portugalczyków. Bardzo często ofiarami padają polskie dziewczyny, które mieszkają wraz z Polakami i nierzadko mają z nimi dzieci. Sprawę komplikuje czasami fakt, że na owe dziecko czy w niektórych przypadkach dzieci pobierane są zasiłki i miasto dało mieszkanie socjalne.

Cytowana przez Rzeczpospolitą Aleksandra Łojek-Magdziarz została dwa lata temu pracownikiem socjalnym przy Stowarzyszeniu Polskim w Irlandii Północnej. Miała pośredniczyć w kontaktach Polaków z władzami i policją w razie prześladowań na tle narodowościowym. Ale rzeczywistość sprawiła, że rychło zaczęła prowadzić nieformalny telefon zaufania dla ofiar przemocy w rodzinie.

„Emigranci są odizolowani od rodziny, znajomych, pomocy w rodzimym języku, bardzo często zagubieni i jeszcze częściej uzależnieni finansowo od swojego oprawcy” – opowiada Łojek-

-Magdziarz. – Pomocy szukają najczęściej wtedy, gdy po raz kolejny dochodzi do pobicia.

Joanna Tarach z organizacji Bernardo’s, która prowadzi kilkadziesiąt oddziałów pracujących z dziećmi z trudnych rodzin, tłumaczy: – Przyczyny przemocy w domu są takie jak w Polsce, ale prawdopodobieństwo ich wystąpienia na emigracji zdecydowanie wzrasta. Frustracja pracą i słabe warunki mieszkaniowe nie pomagają życiu partnerskiemu czy rodzinnemu. Do przemocy dochodzi w mieszkaniach i domach, których mieszkańcy nie są ze sobą związani. Żyją razem aby było taniej. Kasia, która mieszkała wraz ze znajomym, pochodzącym z tego samego miasta, została przez niego brutalnie pobita i zgwałcona.

Do placówki Bernardo’s w Belfaście, w której pracuje Tarach, w ciągu ostatnich trzech lat co roku trafiało od 10 do 15 polskich dzieci, czyli kilka razy więcej niż w latach poprzednich. – W porównaniu z liczbą podopiecznych innych narodowości, z którymi pracujemy, to naprawdę dużo – tłumaczy Polka.

Podobny trend jest w innych placówkach Bernardo’s.

Rzeczpospolita już w ubiegłym roku informowała o rosnącej liczbie dzieci odebranych polskim rodzinom. W latach 2008 i 2009 agencje współpracujące z rodzinami zastępczymi umieściły w nich ponad 200 małych Polaków, m.in. właśnie z domów, w których panowała przemoc.

Monika Tkaczyk ze Zjednoczenia Polskiego w Wielkiej Brytanii zwraca uwagę, że o pomoc do tej organizacji zwracają się nie tylko ofiary fizycznego, ale również psychicznego znęcania się. To m.in. kobiety zastraszane przez partnerów innego wyznania czy rodzice nękani przez nastoletnie dzieci.

Dziesiątki telefonów i e-maili, które napływają do polonijnych organizacji każdego miesiąca, nie oznaczają, że tyle samo spraw trafia na wokandę brytyjskich sądów. Stowarzyszeniu Polskiemu tylko raz udało się przekonać poszkodowaną do złożenia zeznań i podtrzymania ich przed sądem. Dziś z pomocą psychologów, należnymi jej zasiłkami oraz socjalnym mieszkaniem rozpoczyna nowe życie.

Osoby, które szukają pomocy w polonijnych instytucjach, na ogół rezygnują ze złożenia doniesienia na policji lub wycofują je, kiedy sprawa jest w toku. Boją się, że oprawca nie zostanie skazany i będzie próbował się odegrać oraz że opieka społeczna odbierze rodzinie dzieci.

– Dramaty rozgrywają się w czterech ścianach, bo wciąż brakuje polskich organizacji, które można prosić o pomoc – uważa Tkaczyk.

Z serwisów miejscowych instytucji Polacy raczej nie korzystają, bo zazwyczaj potrzebny jest tłumacz. Dla wielu jego obecność jest zbyt krępująca, by opowiadać przy nim o swoich problemach.

Problem przemocy w rodzinach polskich emigrantów brytyjskie instytucje jednak zauważyły. W Sommerset w południowo-zachodniej Anglii, gdzie żyje 50-tysięczna polska społeczność, dla polskojęzycznych ofiar policja uruchomiła specjalną infolinię i wydrukowała przetłumaczone ulotki. Materiały po polsku oferuje także np. Woman’s Aid, charytatywna organizacja wspierająca m.in. ofiary przemocy domowej.

Specjalny raport o problemach polskich rodzin jeszcze w zeszłym roku zamówiła rada miejska szkockiego Edynburga. Jego autorzy proponują dla rodzin z problemami m.in. indywidualną terapię, powołanie grupy wsparcia, porady przez Internet czy stworzenie świetlicy środowiskowej. Takie raporty poświęcone problemom mniejszości to na Wyspach rzadkość.

Wszystkie instytucje zgodnie podkreślają, że w domach, w których dochodzi do przemocy, niemal zawsze jest też problem alkoholowy. – Na Wyspach alkohol jest stosunkowo tani. A dzielenie domu w kilka osób sprzyja cowieczornym biesiadom i stąd także biorą się problemy – mówi Monika Tkaczyk.

Mimo pomocy ze strony polonijnych i miejscowych organizacji większość ofiar przemocy domowej, które zwracają się o pomoc, powraca do toksycznych partnerów. Bo samotność na emigracji jest o wiele cięższa do zniesienia niż w kraju, gdzie łatwiej o wsparcie najbliższych – tłumaczy Joanna Tarach.

Dla wszystkich osób, które mają problemy w rodzienie podajemy link do strony internetowej Stowarzyszenia Polskich Psychologów w Wielkiej Brytanii do którego można zwrócić się o pomoc: http://www.polishpsychologistsclub.org/

Źródło: Informacje24.co.uk na podstawie Rzeczpospolitej

Advertisements