Autor: Dominik Waszek

(6 Grudnia 2009)

Między polonijnymi organizacjami w Wielkiej Brytanii toczy się podskórna walka o prestiż. Poland Street, jako stowarzyszenie młodych Polaków, potrafi się sprzedać w mediach. Wśród członków innych organizacjibudzi to jednak niesmak. Twierdzą, że młodzi lansują się kosztem innych. Tylko zawiść czy coś więcej?

„Brak słów, żeby opisać to, co się tu dzieje” – czytamy w jednym z komentarzy do artykułu o organizacjach polonijnych działających na Wyspach Brytyjskich. „Frakcje, komisje, odłamy, podziały, walki o funkcje w zarządzie i personalne utarczki między wszystkimi” – tak internauci, którzy choć przez chwilę znaleźli się w orbicie działania polonijnych organizacji, opisują ich główne nurty aktywności. Co ciekawe, nie dzielą ich na lepsze i gorsze, mniej lub bardziej skuteczne. Na internetowych forach wszystkim dostaje się po równo. Starym, bo są starzy, młodym za brak doświadczenia, profesjonalnym za zawodowstwo, a branżowym za reprezentowanie wąskiego grona. Gdy człowiek w temacie nie siedzi, łapie się za głowę. Nie wiadomo, kto tu jest kim, o co i z kim walczy. Właśnie – jedno, co wiadomo to fakt, że o coś walczy.

– Zrezygnowałam z funkcji w zarządzie Poland Street, bo trudno ją było pogodzić z działalnością w zarządzie Zjednoczenia Polskiego – mówi Monika Tkaczyk, od kilku lat aktywna działaczka społeczna. – Nie podobały mi się też niektóre pomysły, które próbuje się forsować w Poland Street. Trwają prace nad nowym statutem organizacji i ma się tam znaleźć zapis o reprezentowaniu nie tylko Polaków, ale także innych mniejszości. Nie rozumiem dlaczego – dodaje.

Kto w światku organizacji polonijnych orientuje się słabo, ten prawdopodobnie też niewiele rozumie. I to nie tylko ze statutu Poland Street, ale i z całego powyższego akapitu. Czy powinien rozumieć? Chyba tak, zważywszy, że każda z tych organizacji mieni się być jego reprezentantem i głosem w jego imieniu. Przypomnijmy więc jak to było. Od początku.

Jak paproszki na wodzie

Historia polonijnych organizacji na Wyspach zaczyna się od Zjednoczenia Polskiego, które swą działalność rozpoczęło w 1946 roku, gdy rząd brytyjski wycofał swe poparcie dla Rządu Polskiego na Emigracji. Wtedy jednak Polaków na Wyspach było stosunkowo niewielu, a istnienie organizacji, która ich reprezentuje, stało się naturalną konsekwencją ich obecności na brytyjskiej ziemi.

Polacy, którzy po wojnie zostali w Wielkiej Brytanii, zachowywali się jak paproszki rzucone na powierzchnię wody – lgnęli do siebie wzajemnie, łącząc się w lokalne samopomocowe organizacje. Razem było im łatwiej radzić sobie na obcej ziemi i na tym fundamencie budowali swe wspólnoty. Z nich właśnie wyłoniło się Zjednoczenie Polskie, które zrzeszało w swych szeregach poszczególne lokalne koła i organizacje polonijne. Znów razem było im łatwiej i wkrótce Zjednoczenie Polskie stało się wspólnym głosem nadwiślańskiej emigracji na Wyspach. Na tyle donośnym, żeby nie mogły go ignorować brytyjskie władze.

Tak było aż do roku 1990, kiedy to prezydent Ryszard Kaczorowski oficjalnie przekazał insygnia władzy Lechowi Wałęsie. Wtedy Zjednoczenie Polskie nieco zmieniło profil swojej działalności, przejmując część kompetencji emigracyjnego rządu. Wówczas zostało też uznane przez polskie i brytyjskie władze jako organizacja reprezentująca interesy Polaków na Wyspach. – To były całe dziesięciolecia krok po kroku zdobywanych doświadczeń i marka, na którą pracowaliśmy latami – mówi anonimowo były działacz Zjednoczenia Polskiego. – Byliśmy poważnymi ludźmi, z którym Brytyjczycy chcieli i musieli się liczyć. A potem przyszli młodzi…

Panowie, lądujemy…

Młodzi przyszli tuż po 2004 roku, kiedy do Wielkiej Brytanii można już było wjechać bez wizy i gdy z tej sposobności chętnie zaczęły korzystać miliony Polaków. Tak zwana nowa emigracja to byli już zupełnie inni ludzie: młodsi, bardziej otwarci, pełni chęci do zmiany wszystkiego, co uważali, że zmienić trzeba. Mieli także zupełnie inne problemy i poczucie, że stara emigracja zupełnie ich nie rozumie. – Oni byli jakby z zupełnie innej bajki – mówi o Zjednoczeniu Polskim jeden z działaczy młodej emigracji. – Żyli w swoim własnym świecie i wydawało się, że zupełnie nie widzą, że ten prawdziwy znacznie się zmienił od końca wojny. My byliśmy tym głosem, który miał im powiedzieć: „Halo, Panowie, wojna się skończyła, pora lądować i spróbować żyć na ziemi.”

Za początek istnienia młodych organizacji polonijnych najchętniej przyjmuje się rok 2005, a ściślej pewne bezprecedensowe wydarzenie, które pozwoliło młodym zdać sobie sprawę z własnej siły i liczebności. Mowa o tzw. marszu papieskim, który kilka osób zorganizowało metodą poczty pantoflowej. Impulsem była śmierć Jana Pawła II i podobne marsze odbywające się w Polsce. Młodzi emigranci postanowili zrobić to samo w Londynie i zaczęli rozsyłać informacje o planowanej imprezie po swoich znajomych, prosząc o przekazanie ich dalej. Zjednoczenie Polskie, choć o akcji wiedziało, zachowało wtedy sporą rezerwę, najprawdopodobniej spodziewając się raczej niskiej frekwencji. Nie było zresztą w tych oczekiwaniach osamotnione. Metropolitan Police, choć o marszu została poinformowana, do jego zabezpieczenia wysłała zaledwie pięciu policjantów. Gdy na Trafalgar Square pojawiło się kilka tysięcy młodych Polaków, a zaraz za nimi tłum zaciekawionych tym wydarzeniem mediów, było już pewne, że przejdzie on do historii. – To uświadomiło nam samym, jak wielką jesteśmy siłą – mówi jeden z organizatorów marszu. – Pokazało też Zjednoczeniu Polskiemu, na jakim świecie naprawdę żyje – dodaje.

Czując taki wiatr w żaglach, trudno się dziwić, że organizatorzy marszu postanowili popłynąć dalej. Zaledwie kilka miesięcy później, już pod szyldem Poland Street, rozpoczęli pod polską ambasadą protest przeciwko podwójnemu opodatkowaniu. – Również i w tym przypadku scenariusz się powtórzył. – Kiedy prosiliśmy Zjednoczenie o poparcie dla tego przedsięwzięcia usłyszeliśmy, że własne brudy pierze się we własnym domu i taka akcja niczemu nie służy. A potem, gdy do akcji włączyły się media, wypowiadał się w nich prezes Zjednoczenia mówiąc, że inicjatywę od początku popierał – dodaje inny rozgoryczony eks-działacz Poland Street.

– Nie ma i nie było żadnych kontrowersji wokół zaangażowania ZP w obie te inicjatywy – mówi Wojciech Tuczyński, rzecznik ZP. – Organizatorzy marszu papieskiego nie kontaktowali się oficjalnie ze Zjednoczeniem, a mimo to rozesłaliśmy wśród swoich członków informacje o tym wydarzeniu. Mieliśmy też jasne zdanie w sprawie podwójnego opodatkowania, sami zresztą wcześniej poruszaliśmy tę kwestię na spotkaniach z polskimi politykami. A co do samego protestu pod konsulatem RP? Cóż, nie wszyscy uważają tę formę za właściwą, chociaż osobiście brałem w niej udział. Z drugiej strony trudno się dziwić Zjednoczeniu, że nie podchodziło z entuzjazmem do każdej inicjatywy młodej Polonii – tłumaczy rzecznik ZP. – Z tymi pomysłami występowali ludzie kompletnie nieznani, o których nikt nic nie wiedział. A ZP było uznawane za poważną i prestiżową organizację. Nie dziwię się, że ówczesny zarząd nie chciał pochopnie ryzykować swego dobrego imienia firmując nim inicjatywy nieznanego autorstwa.

Nieco jaśniej tło tego konfliktu wyjaśnia inny działacz ZP. – Pan Zbigniew Drzewiecki (jeden z założycieli i pierwszych prezesów Poland Street – przyp. red) od początku budował swą organizację w opozycji do Zjednoczenia, do którego z jakichś powodów był uprzedzony. Pamiętam jak na jednym ze spotkań, w obecności mediów, wprost powiedział, że władze Zjednoczenia składają się z ludzi starych, których czas już się skończył. Te osoby były wtedy obecne na sali. A byli to ludzie kulturalni, przyzwyczajeni do bardziej dyplomatycznego stylu wypowiedzi, których zaszokowała tak bezpardonowa wrogość z jego strony. Trudno się dziwić, że w takim klimacie Zjednoczenie zachowało dystans wobec tego typu ludzi i ich pomysłów – dodaje.

Skrzydła za prestiż?

Na taki komfort długo jednak ZP pozwolić sobie nie mogło. Po marszu papieskim i wiecu przeciw podwójnemu opodatkowaniu, które szerokim echem odbiły się w mediach i wobec „piaru” Poland Street, który zawsze był mocną stroną tej organizacji, nie sposób było przymykać oka na jej działalność. Wówczas Zjednoczenie pokusiło się o mistrzowskie zagranie: włożyło twardy kij w szprychy rozpędzonych kół młodej Polonii… zapraszając Poland Street w swe szeregi.

– W naszym zarządzie pojawili się wtedy ludzie, którzy twierdzili, że przynależność do Zjednoczenia może dodać prestiżu i przenieść nas z marginesu do centrum polonijnego życia – wspomina jeden z założycieli Poland Street. – Było to niedorzeczne, ale doszło do głosowania na zarządzie i… pomysł przeszedł jednym głosem. Kilka osób, włącznie ze mną, wycofało się wtedy z działalności w stowarzyszeniu. Przeczuwaliśmy, że to podetnie mu skrzydła – dodaje.

Czy rzeczywiście tak się stało, czy też PS rozpoczęła wtedy nowy etap swej działalności, to już kwestia indywidualnej oceny. Bezsprzecznie jednak skończył się wtedy czas wieców, protestów i walki, a środek ciężkości przesunął się… No właśnie, nie bardzo wiadomo, w jaką stronę. Akcje, które potem podejmowało Poland Street, nie były już tak spektakularne. Najważniejsze z nich to pielęgnowanie grobów polskich żołnierzy na cmentarzu Gunnersbury oraz zbiórki pieniędzy dla byłych żołnierzy AK w Polsce. Dopiero w grudniu 2008 roku, gdy stery PS przejął Jacek Winnicki, coś w organizacji drgnęło, choć wciąż nie bardzo wiadomo, w którą stronę.

Ostatni rok upłynął w działalności Poland Street pod znakiem Projektu 12 Miast, czyli klęski z ogromną determinacją przekuwanej w mediach na sukces. – Program przyciągnął w nasze szeregi wielu nowych, młodych członków – ocenia Monika Tkaczyk, która niedawno zrezygnowała z członkostwa w zarządzie organizacji. Nie taki był jednak jego cel, a zważywszy, że od kilku miesięcy program wisi na kołku, trudno uznać go za spektakularny sukces. Na internetowej stronie organizacji znajduje się informacja o kilku innych projektach, ale chyba żaden z nich nie ma szansy stać się wydarzeniem na miarę np. marszu papieskiego.

– W tej organizacji są ludzie z pasją i żyłką do działalności społecznej, ale brakuje w niej lidera, który mógłby ich ogarnąć i skierować w stronę jakiegoś celu – ocenia były założyciel PS.

– Problem organizacji polega na doraźności działań. Zdarza się świetny pomysł, ludzie zaczynają go realizować i nagle okazuje się, że jego koordynator przestaje się nim interesować, bo wraca do Polski albo zamierza zająć się czymś innym – dodaje Monika Tkaczyk.

Nie przeszkadza to jednak Poland Street w prowadzeniu aktywnego czy wręcz agresywnego PR-u, promującego organizację jako największy ruch polonijny w Wielkiej Brytanii. Działacze organizacji są bez wątpienia świetni w promowaniu takiego obrazu samych siebie i nie przepuszczają żadnej okazji, żeby pokazać się światu z jak najlepszej strony. To zaś kłuje w oczy, szczególnie tych, którzy działalność PS znają od podszewki. „Taki Poland Street ma może z 40 członków, a i tak nie wie, czego chce – głosi jeden z internetowych komentarzy. – Dzielą się na sekcje, wybierają zarząd, spotykają, aby dyskutować i niewiele poza tym. Ciekawe jest to, że nawet osoby, które zakładały tę organizację, mają jej dosyć i z niej wystąpiły. W większości składa się ona z ludzi, którzy pewnie chcą wrócić do Polski i po to się lansują, zaproszą jakiś tam urząd miasta, porobią sobie zdjęcia z kimś znanym i tyle…”.

Zdaniem internautów nikt przejmować się nie musi, ale nie tylko oni działalność organizacji widzą w tych barwach. Z powodu agresywnego lansowania się Poland Street wrze też w Zjednoczeniu. Czarę goryczy przelała niedawna prezentacja osiągnięć Poland Street, na której młodzi działacze pokazali swoje logo obok zdjęcia Wiktora Moszczyńskiego, długoletniego rzecznika Zjednoczenia, który nigdy nie był członkiem PS. ZP wysłało w tej sprawie sprostowanie do organizatora imprezy, zamierza też upomnieć członków Poland Street, że takie wyrywanie się przed szereg to co najmniej gruby nietakt. – Nie chciałbym nadawać zbyt wielkiego znaczenia temu wydarzeniu. Myślę, że rozmowa w tej sprawie wystarczy – mówi Wojciech Tuczyński, rzecznik ZP, przyznając jednak, że dojdzie do niej już po wyborach nowych władz PS, które przewidziane są na grudzień.

Zarzut promowania samych siebie za wszelką cenę to dla PS nie pierwszyzna. Głosy krytyki spadły na głowy organizatorów Drugiego Marszu Papieskiego w Londynie, w 2006 roku. Już wtedy miano za złe PS, że ich logo widziano tam częściej niż zdjęcie samego papieża. Obserwując medialne doniesienia z Wysp również trudno oprzeć się wrażeniu, że właśnie w PR Poland Street inwestuje najwięcej czasu i energii.

– Widać ich bardziej, bo nawet jeśli nie do końca profesjonalnie i nie wszystko im wychodzi, to coś jednak robią. W przeciwieństwie do Zjednoczenia Polskiego, które nie robi prawie nic – zarzuca swym oponentom były działacz PS. – To krzywdząca nieprawda – mówi natomiast rzecznik Tuczyński. – ZP to federacja 75 różnych organizacji członkowskich ( w tym nowych m.in. właśnie Poland Street, Polish Professionals, Polish City Club, Polish Psychologist Club), z których każda coś robi. Działalność władz ZP jest może mniej medialna od głośnych medialnie projektów, ale charakteryzuje się trwałością i solidnością podejmowanych kroków – dodaje.

I tak ta piłeczka może fruwać to pingpongowym stole w nieskończoność, choć trudno się oprzeć wrażeniu, że w ten sposób nikt żadnego meczu nie wygra. Przegrać mogą go natomiast Polacy mieszkający w Wielkiej Brytanii. I to w dwóch setach. Po pierwsze dlatego, że zajętym własnymi kłótniami działaczom nie starczy już sił, żeby ich gdziekolwiek reprezentować, po drugie zaś, bo niezgoda rujnuje, a im bardziej Polonia będzie podzielona, tym trudniej jej będzie się o swoje upominać. A o to przecież kiedyś chodziło wszystkim polonijnym organizacjom.


http://www.apsik.co.uk/artykuly/artykuly.php?akcja=dodaj_opinie&id_artykuly=1280

Advertisements