Emigranci nie uczą dzieci polskiego – bo po co?


Z Londynu dla polonia.wp.pl
Robert Małolepszy

O tym trzeba mówić już teraz. Nie tylko mówić, ale przede wszystkim zacząć coś robić. W przeciwnym razie, polskie dzieci rodzące się dziś na Wyspach podzielą los niemałej części urodzonych tutaj potomków emigrantów wojennych – zapomną ojczystej mowy.


Census 2011 Spis powszechny w UK


Census to OBOWIĄZKOWY powszechny spis ludności.

W Wielkiej Brytanii przeprowadzany jest co dziesięć lat, aby dowiedzieć się więcej na temat tego, kim jesteśmy jako naród. Zebrane informacje stanowią kluczowy element w planowaniu naszej przyszłości.

27 marca 2011 r. zostanie przeprowadzony powszechny spis ludności, CENSUS. Informacje uzyskane podczas spisu tworzą dane statystyczne potrzebne do planowania  usług i świadczeń m.inn. w zakresie szkolnictwa, transportu i opieki medycznej.

Udział w spisie powszechnym jest OBOWIĄZKOWY.

Kwestionariusz można wypełnić na stronie internetowej www.census.gov.uk albo w wersji papierowej, która bedzie dostarczona do każdego domu.

Weź udział w powszechnym spisie ludności!

 

Ealing Polish Lives project.


There has been a significant Polish community in Ealing since the 1940s, which has grown substantially over the subsequent decades. There is a Polish church in the borough, Polish businesses and councillors of Polish origin. However, despite this considerable local impact, there has been relatively little historical information which is easily accessible.

This project, funded by the Heritage Lottery Fund and the London Borough of Ealing, seeks to rectify this omission, by means of oral history. For the first time it is possible to easily gain access to the experiences and thoughts of 20 of Ealing’s Polish residents, with memories from the 1940s to the beginning of the twenty first century. This will give readers an insight into the Polish experience of Ealing. In doing so, it is hoped that a greater understanding of Ealing’s Polish community will be gained and also for Polish people of different generations to learn about each other.

The recordings and transcripts have been kept for posterity and can be viewed at Gunnersbury Park Museum.

There are three main sections to the site:

1. Interviews – These are the full interviews recorded in 2009 / 2010.
2. Interactive – An alternative way of experiencing the content. The audio has been broken up into clips and themed and dated so you can take your own route around the stories.
3. Educational resources – A resource for teachers who may want to use the content in their lessons.

 

A brief history of Poland

The Polish nation came into existence in the tenth century as a unitary kingdom. Its rulers converted their subjects to Christianity. It became a cosmopolitan state with the largest number of Jews in Europe living there. By the sixteenth century, the union of Poland and Lithuania resulted in the creation of one of the most powerful states in Europe. This led to the age of Golden Liberty in which the equal and free Polish nobility ruled the country and the monarchy was elective.

Unfortunately this system of government had its weakness in that the country could not mount a successful defence against its more powerful and absolutist neighbours. Between 1772 and 1795 Poland was partitioned by Russia, Prussia and Austria. Poland no longer appeared on the map of Europe. In 1807 Napoleon created a rump state called the Grand Duchy of Warsaw, in return for Polish military aid.

In the nineteenth century there were numerous revolts against Russian rule, but these were eventually suppressed and once again, Poland no longer appeared on maps of Europe. Poland regained its independence in 1918 following the defeat in the First World War of Germany, Austria and Russia. The Soviet Union and Poland were soon at war, but Polish forces defeated the invaders at the battle of Warsaw.

The next twenty years saw Poland enjoy a cultural and national revival as a republic. This did not last long. In 1939 Poland was invaded by Germany and the Soviet Union and was occupied by both. Many Polish people were killed in or after the fighting and many were deported. Some escaped and a Polish government in exile was formed in London. Polish troops were prominent in several major campaigns of the war. Many thousands were killed by the Soviet forces at Katyn in 1943. The Warsaw Uprising of 1944 was crushed by the Germans and Warsaw largely destroyed. In all, about five million Poles died during 1939-1945; two thirds of them Jewish.

Although Germany was defeated in 1945, Poland was not free. Its borders were shifted westwards, to incorporate parts of Germany’s pre 1939 boundaries. A Soviet backed Communist People’s Republic of Poland was formed. Some Poles remained in exile and many of those who remained resisted Soviet sponsored rule. In the 1980s the Solidarity movement proved a major thorn in the flesh of the occupier, and the Catholic Church provided another focus for loyalties, especially because Pope John Paul II was Polish. The Communist government fell in 1989.

In 1990 the democratically elected Lech Walesa of the Solidarity movement became president. Poland shifted from being a Communist state into being a capitalist democracy. In 1999 Poland became part of NATO and in 2004 a member of the EU.


Polski hydraulik znów zaatakował Wyspy Brytyjskie


wp.pl, dodano: 2010-11-26 (06:38)

Z Londynu dla polonia.wp.pl
Robert Małolepszy

Polacy znów jadą za chlebem na Wyspy Brytyjskie. Wielu po raz kolejny. Ale czy nadal czeka na nich praca? Według danych brytyjskich jest nas na Wyspach 470 tysięcy, polskie dane są wyższe – 650 tysięcy. A Wielka Brytania wciąż tkwi w kryzysie gospodarczym.

 

Przemoc wśród Polaków na emigracji


Źródło: Informacje24.co.uk na podstawie Rzeczpospolitej

Zagubieni, biedni, odcięci od bliskich, którzy zostali w kraju, coraz częściej są ofiarami swoich partnerów – pisze w swoim czwartkowym artykule Rzeczpospolita.

Gazeta podaje przykład Anny (imię zmienione), która żyje w Londynie w nieformalnym związku z Portugalczykiem. Mają kilkumiesięczne dziecko. Według niej dochodzi nieomal codziennie do awantur. Mój partner posuwa się coraz dalej. Demoluje mieszkanie. Jeszcze nie uderzył, ale od kilku miesięcy straszy, że zabije mnie, moją rodzinę, naszą córkę, siebie – zwierza się Anna.

Chce uciec do Polski, ale boi się, że angielskie prawo stanie po stronie ojca, po którym dziecko ma nie tylko nazwisko, ale i podwójne obywatelstwo. Tego typu sytuacje zdarzają się jednak nie tylko w przypadku Portugalczyków. Bardzo często ofiarami padają polskie dziewczyny, które mieszkają wraz z Polakami i nierzadko mają z nimi dzieci. Sprawę komplikuje czasami fakt, że na owe dziecko czy w niektórych przypadkach dzieci pobierane są zasiłki i miasto dało mieszkanie socjalne.

Cytowana przez Rzeczpospolitą Aleksandra Łojek-Magdziarz została dwa lata temu pracownikiem socjalnym przy Stowarzyszeniu Polskim w Irlandii Północnej. Miała pośredniczyć w kontaktach Polaków z władzami i policją w razie prześladowań na tle narodowościowym. Ale rzeczywistość sprawiła, że rychło zaczęła prowadzić nieformalny telefon zaufania dla ofiar przemocy w rodzinie.

„Emigranci są odizolowani od rodziny, znajomych, pomocy w rodzimym języku, bardzo często zagubieni i jeszcze częściej uzależnieni finansowo od swojego oprawcy” – opowiada Łojek-

-Magdziarz. – Pomocy szukają najczęściej wtedy, gdy po raz kolejny dochodzi do pobicia.

Joanna Tarach z organizacji Bernardo’s, która prowadzi kilkadziesiąt oddziałów pracujących z dziećmi z trudnych rodzin, tłumaczy: – Przyczyny przemocy w domu są takie jak w Polsce, ale prawdopodobieństwo ich wystąpienia na emigracji zdecydowanie wzrasta. Frustracja pracą i słabe warunki mieszkaniowe nie pomagają życiu partnerskiemu czy rodzinnemu. Do przemocy dochodzi w mieszkaniach i domach, których mieszkańcy nie są ze sobą związani. Żyją razem aby było taniej. Kasia, która mieszkała wraz ze znajomym, pochodzącym z tego samego miasta, została przez niego brutalnie pobita i zgwałcona.

Do placówki Bernardo’s w Belfaście, w której pracuje Tarach, w ciągu ostatnich trzech lat co roku trafiało od 10 do 15 polskich dzieci, czyli kilka razy więcej niż w latach poprzednich. – W porównaniu z liczbą podopiecznych innych narodowości, z którymi pracujemy, to naprawdę dużo – tłumaczy Polka.

Podobny trend jest w innych placówkach Bernardo’s.

Rzeczpospolita już w ubiegłym roku informowała o rosnącej liczbie dzieci odebranych polskim rodzinom. W latach 2008 i 2009 agencje współpracujące z rodzinami zastępczymi umieściły w nich ponad 200 małych Polaków, m.in. właśnie z domów, w których panowała przemoc.

Monika Tkaczyk ze Zjednoczenia Polskiego w Wielkiej Brytanii zwraca uwagę, że o pomoc do tej organizacji zwracają się nie tylko ofiary fizycznego, ale również psychicznego znęcania się. To m.in. kobiety zastraszane przez partnerów innego wyznania czy rodzice nękani przez nastoletnie dzieci.

Dziesiątki telefonów i e-maili, które napływają do polonijnych organizacji każdego miesiąca, nie oznaczają, że tyle samo spraw trafia na wokandę brytyjskich sądów. Stowarzyszeniu Polskiemu tylko raz udało się przekonać poszkodowaną do złożenia zeznań i podtrzymania ich przed sądem. Dziś z pomocą psychologów, należnymi jej zasiłkami oraz socjalnym mieszkaniem rozpoczyna nowe życie.

Osoby, które szukają pomocy w polonijnych instytucjach, na ogół rezygnują ze złożenia doniesienia na policji lub wycofują je, kiedy sprawa jest w toku. Boją się, że oprawca nie zostanie skazany i będzie próbował się odegrać oraz że opieka społeczna odbierze rodzinie dzieci.

– Dramaty rozgrywają się w czterech ścianach, bo wciąż brakuje polskich organizacji, które można prosić o pomoc – uważa Tkaczyk.

Z serwisów miejscowych instytucji Polacy raczej nie korzystają, bo zazwyczaj potrzebny jest tłumacz. Dla wielu jego obecność jest zbyt krępująca, by opowiadać przy nim o swoich problemach.

Problem przemocy w rodzinach polskich emigrantów brytyjskie instytucje jednak zauważyły. W Sommerset w południowo-zachodniej Anglii, gdzie żyje 50-tysięczna polska społeczność, dla polskojęzycznych ofiar policja uruchomiła specjalną infolinię i wydrukowała przetłumaczone ulotki. Materiały po polsku oferuje także np. Woman’s Aid, charytatywna organizacja wspierająca m.in. ofiary przemocy domowej.

Specjalny raport o problemach polskich rodzin jeszcze w zeszłym roku zamówiła rada miejska szkockiego Edynburga. Jego autorzy proponują dla rodzin z problemami m.in. indywidualną terapię, powołanie grupy wsparcia, porady przez Internet czy stworzenie świetlicy środowiskowej. Takie raporty poświęcone problemom mniejszości to na Wyspach rzadkość.

Wszystkie instytucje zgodnie podkreślają, że w domach, w których dochodzi do przemocy, niemal zawsze jest też problem alkoholowy. – Na Wyspach alkohol jest stosunkowo tani. A dzielenie domu w kilka osób sprzyja cowieczornym biesiadom i stąd także biorą się problemy – mówi Monika Tkaczyk.

Mimo pomocy ze strony polonijnych i miejscowych organizacji większość ofiar przemocy domowej, które zwracają się o pomoc, powraca do toksycznych partnerów. Bo samotność na emigracji jest o wiele cięższa do zniesienia niż w kraju, gdzie łatwiej o wsparcie najbliższych – tłumaczy Joanna Tarach.

Dla wszystkich osób, które mają problemy w rodzienie podajemy link do strony internetowej Stowarzyszenia Polskich Psychologów w Wielkiej Brytanii do którego można zwrócić się o pomoc: http://www.polishpsychologistsclub.org/

Źródło: Informacje24.co.uk na podstawie Rzeczpospolitej

Odwołane święta emigrantów


Katarzyna Kopacz 13-12-2010, ostatnia aktualizacja 13-12-2010 04:26

Tysiące Polaków z Wysp rezygnują z powrotu do kraju na Boże Narodzenie. Wszystko przez kryzys i strach przed zwolnieniami

W portalach internetowych kierowanych do Polonii w Irlandii i Wielkiej Brytanii codziennie pojawiają się nowe ogłoszenia tych, którzy pilnie chcą sprzedać bilety lotnicze kupione na wyjazd do kraju w okresie Bożego Narodzenia.

„Z wielkim żalem muszę odsprzedać bilet, gdyż nie dostanę urlopu, by jechać do Polski w tym czasie” – ogłasza się Iwona, szukająca chętnych na przelot w obie strony z Londynu do Katowic. Cena 70 funtów.

Ola od ponad miesiąca bezskutecznie stara się znaleźć chętnych na swoje bilety Londyn Stansted – Wrocław. Ogłasza się na kilku stronach internetowych jednocześnie, dwukrotnie obniżała cenę – bilet, za który zapłaciła 260 funtów, teraz oferuje za 50.

Podobne ogłoszenia można znaleźć w witrynach polskich sklepów.

Muszą zaciskać pasa

Dlaczego Polacy rezygnują ze spędzania świąt w kraju? Część z nich – wobec zapowiedzi masowych zwolnień – obawia się utraty pracy. Innych na wyjazd po prostu nie stać, przez szalejący na Wyspach kryzys muszą zaciskać pasa.

– Od stycznia zdrożeje gaz, prąd, woda, wszelkie ubezpieczenia, bilety komunikacji miejskiej – wylicza Monika Tkaczyk ze Zjednoczenia Polskiego, organizacji, która reprezentuje interesy polskiej emigracji. – A w kwietniu znacznie się zmniejszą dotychczasowe zasiłki. Zamiast więc wykosztować się na wyjazd do kraju, polskie rodziny starają się zaoszczędzić.

Tkaczyk podkreśla, że Polaków nikt nie stawia przed bezpośrednim wyborem: urlop na święta albo wypowiedzenie.

– Szefowie, szczególnie niewielkich firm, mówią raczej: „Nie stać nas na przerwy w pracy, więc jeśli chcemy przetrwać, musimy teraz zarabiać”.

Zrezygnowali z urlopu

Zdarzają się jednak przypadki bardziej wymownych sugestii. – Przez kryzys załoga w naszej hurtowni została zredukowana do minimum. Urlop może mieć w danym czasie tylko jedna osoba, a chętnych na dodatkowe wolne było trzech – opowiada Darek Łotoszek, pracownik hurtowni z materiałami budowlanymi pod Birmingham. Kiedy jego szef dał ogłoszenie, że szuka pracowników, a w biurze zaczęli się pojawiać kandydaci na rozmowę kwalifikacyjną, wszyscy zrezygnowali z wolnego. – Być może to tylko chwyt właściciela, ale nikt nie chciał ryzykować – dodaje Polak.

Nie będzie dokąd wracać?

By uniknąć kłopotów ze świątecznymi urlopami, wiele firm i zakładów już kilka miesięcy temu zastrzegło, że w grudniu nie będzie ich udzielać.

Brak zgody na wyjazd zaskoczył jednak sporą grupę osób pracujących na czarno, m.in. sprzątaczki, pomoce domowe czy nianie.

47-letnia Krystyna, która sprząta prywatne domy w Dublinie, swój bilet odsprzedała we wtorek. W święta jej klienci spodziewają się gości i oczekują, że Polka będzie dyspozycyjna.

– Kiedy usłyszeli o moim wyjeździe, kazali mi załatwić zastępstwo, a potem stwierdzili, że sami je znajdą. Bałam się, że jeśli znajdzie się ktoś szybszy i tańszy, może nie być dokąd wracać – mówi rozżalona kobieta.

Polski dziennikarz pracujący w Dublinie Jacek Rujna uważa, że często Polacy są sami winni takiej sytuacji, bo o urlop proszą w ostatniej chwili. – Na za pięć dwunasta rzeczywiście można nie dostać pozwolenia na ten akurat termin. Jeśli coś hamuje wyjazd, to ceny biletów – uważa.

Ceny biletów lotniczych np. z londyńskiego Heathrow do Warszawy w dni poprzedzające Wigilię w liniach British Airways sięgają nawet 450 funtów.

Taniej jest po Nowym Roku, od ok. 100 do 250 funtów. Bilety na liniach WizzAir czy Rynair, choć znacznie tańsze niż jeszcze kilka tygodni temu, także nie cieszą się dużym zainteresowaniem. Nie ma bowiem gwarancji lotu – najcięższa od 15 lat zima na Wyspach od wielu dni paraliżuje transport w znacznej części kraju. Brytyjska prasa ostrzega, że od połowy przyszłego tygodnia znów sypnie śniegiem. „Temperatury na północy Wyspy spadną do -20 stopni, a w centrum do ok. -15” – informuje środowe wydanie dziennika „Metro”. „Lepiej nie planować przed świętami żadnej podróży” – radzi popołudniówka „Evening Standard”.

Bez względu na pogodę największe problemy z urlopem mają w tym roku osoby pracujące w handlu. W drugi dzień świąt, tzw. Boxing Day, na Wyspach ruszają poświąteczne wyprzedaże. Handlowcy, którzy z powodu kryzysu od wielu miesięcy liczą straty, oczekiwali, że odrobią je przed świętami. Ich plany pokrzyżował atak zimy.

Teraz szansy na podreperowanie wyników finansowych upatrują w poświątecznym szale zakupów, kiedy ceny spadają o 70 proc. Na urlopy ich pracownicy nie mają szans. – Codziennie kilka osób zostawia u nas CV. To wystarczy, żeby nawet nie pytać o urlop w tym okresie – podsumowuje Ania, Polka pracująca w butiku Westfield Shopping Centre w Londynie.

Rzeczpospolita

Na saksy zamiast na zasiłek


Słabszy złoty zwiększa zysk z pracy za granicą. Choć wysokie bezrobocie na Zachodzie utrudnia znalezienie zajęcia, to w agencjach zatrudnienia jest sporo ofert nie tylko dla specjalistów

– Najważniejsza sprawa to znajomość angielskiego. Trzeba znać choćby podstawy i mieć przy sobie słownik polsko-angielski – radzi rodakom wybierającym się do pracy na Wyspach Monika Tkaczyk ze Stowarzyszenia Polaków w Wielkiej Brytanii Poland Street.

Jej zdaniem Polacy mają w Anglii opinię fachowców i nawet teraz, przy sięgającym 7,2 proc. bezrobociu, mogą przy odrobinie szczęścia w miarę szybko znaleźć pracę.

Jak wynika z danych Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej, w ub. roku agencje pośrednictwa wysłały (głównie do Holandii, Niemiec i Wielkiej Brytanii) prawie 132 tys. osób. Jak jednak ocenia firma Euro-tax.pl, co roku do pracy sezonowej za granicą wyjeżdża ok. 230 tys. Polaków.

W tym roku osłabienie złotego znów podniosło atrakcyjność takich wypraw, a majowe otwarcie rynków pracy Belgii i Danii zwiększyło możliwości zatrudnienia na Zachodzie.

– Pod względem zarobków belgijski rynek może być dla Polaków bardzo atrakcyjny – ocenia Aneta Matysek, dyrektor sprzedaży internetowej giełdy pracy InfoPraca.pl. Wśród aktualnych ofert jest np. posada dla informatyka z biegłą znajomością angielskiego z zarobkami do 2500 euro miesięcznie (pracodawca ma pokryć koszty przenosin do Belgii). Polskie pielęgniarki mogą liczyć na bezpłatną naukę języka i zarobki od 1800 euro wzwyż.

Konkurencyjnymi płacami kuszą też fachowców pracodawcy we Francji. – Zarobki budowlańców są tam nawet cztery razy wyższe niż w Polsce. Francuscy pracodawcy cenią naszych fachowców, którzy z reguły są bardziej wszechstronni i mają wyższe kwalifikacje niż lokalni pracownicy – podkreśla Artur Ragan, rzecznik agencji zatrudnienia Work Express, która deleguje Polaków do pracy we Francji i w Niemczech.

We Francji pracę znajdą m.in. górnicy, murarze i spawacze. Podstawowa znajomość francuskiego bardzo się przydaje, ale nie jest konieczna. – Formujemy kilkuosobowe ekipy, w których jedna osoba może się porozumieć w tym języku – wyjaśnia Ragan.

Katarzyna Zagrodniczek ze Zjednoczenia Polskiego w Wielkiej Brytanii (które na swej stronie ma poradnik dla planujących tam pracę rodaków) radzi, by nie znając angielskiego, nie ryzykować wyjazdu bez zagwarantowanej pracy. Najlepiej poszukać jej w sprawdzonej agencji pośrednictwa albo przez znajomych.

Ci, którzy znają angielski, też mogą spróbować znaleźć pracę przed wyjazdem z kraju np. poprzez brytyjskie serwisy rekrutacyjne albo przez bezpośredni kontakt z potencjalnym pracodawcą. Lepiej unikać ofert bez nazwy firmy, gdzie podany jest tylko numer telefonu.

Jak ocenia Wojciech Tuczyński, rzecznik zjednoczenia, na zdalne znalezienie pracy w Wielkiej Brytanii mają szanse wysokiej klasy specjaliści. Reszcie – zwłaszcza kandydatom do sezonowej pracy – łatwiej znaleźć ją na miejscu. Trzeba mieć jednak zapewnione finansowanie na minimum cztery tygodnie.

Ofert pracy za granicą warto też poszukać w krajowych serwisach rekrutacyjnych, choć w porównaniu z 2008 r. takich ogłoszeń jest dziś mniej. Na pracuj.pl najwięcej z ponad 200 propozycji pracy za granicą dotyczy Niemiec i Czech. Na infopracy.pl gros z ponad 800 zagranicznych ofert pracy pochodzi z Holandii, Norwegii, Francji i Niemiec.

W jakich branżach i zawodach najłatwiej o pracę za granicą? Jak ocenia Beata Szlif-Nitka, dyrektor generalny InfoPracy, wiele zależy od kraju. Np. na zatrudnienie w Holandii mogą teraz liczyć rzeźnicy, spawacze i mechanicy samochodowi.

Z kolei w Norwegii najwięcej jest ofert dla budowlańców, choć problemów ze znalezieniem stałej pracy nie będą miały pielęgniarki i opiekunowie medyczni. W Niemczech są np. oferty pracy dla inżynierów automatyków i projektantów z zarobkami rzędu 10 – 25 tys. brutto miesięcznie. Z Czech i Słowacji napływają propozycje dla informatyków (np. administratorów serwerów, baz danych).

– Najwięcej propozycji jest dla specjalistów IT, inżynierów i budowlańców, choć sporo ofert skierowanych jest także do pracowników sektora finansowego – ocenia Przemysław Gacek, prezes Pracuj.pl.

Ofert pracy za granicą warto poszukać w agencjach zatrudnienia, w których sporo jest też propozycji długich kontraktów. Jak ocenia Krzysztof Inglot z Work Service, w tym roku jest sporo możliwości dorywczych prac w Niemczech, Holandii i w Skandynawii, np. w przetwórstwie rolnym albo na farmach. Mniej jest natomiast popularnych wcześniej ofert urlopowego zastępstwa w niemieckich fabrykach.

Katarzyna Gurszyńska ze Związku Agencji Pracy Tymczasowej zapewnia, że wyjazd ze sprawdzoną agencją, która weryfikuje warunki zatrudnienia u potencjalnych pracodawców (i zwykle zapewnia transport na miejsce), daje dużo większe gwarancje bezpieczeństwa niż szukanie pracy na własną rękę.

Tym bardziej że nawet jeśli umowa o pracę podpisywana jest dopiero za granicą, to i tak kandydat jeszcze przed wyjazdem ma prawo żądać listu intencyjnego od przyszłego pracodawcy (z deklaracją warunków zatrudnienia) i umowy o kierowaniu do pracy za granicą.

– Standardowa umowa powinna zawierać m.in. nazwę pracodawcy, okres zatrudnienia, rodzaj i warunki pracy, wynagrodzenie czy informację o ubezpieczeniu społecznym – wyjaśnia Izabela Ferenc z Adecco Poland. Firma, wysyłając Polaków do pracy za granicę, zwykle korzysta z pomocy swych siostrzanych spółek w kilkunastu krajach.

 

 

Brytyjska Polonia w żałobie po stracie dwóch prezydentów


Polacy w Wielkiej Brytanii zbierają się w miejscach związanych z życiem Polonii, aby upamiętnić ofiary katastrofy lotniczej pod Smoleńskiem. – To dzień ogromnej tragedii, w której Polska i polonia straciły dwóch prezydentów: Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego i ostatniego Prezydenta na Uchodźstwie Ryszarda Kaczorowskiego – mówią emigranci zebrani przed ambasadą RP w Londynie

– Osoba prezydenta Kaczorowskiego była bardzo ważną postacią dla Polonii. To statni Prezydent na Uchodźstwie, który miał moralny mandat niepodległej RP, który był depozytantem II Rzeczypospolitej i kontynuatorem niepodległościowej tradycji – podkreśla w rozmowie z Gazeta.pl rzecznik ambasady Robert Szaniawski.

Wielu Polaków zebrało się w Polskim Ośrodku Społeczno-Kulturalnym, gdzie ulokowano księgę kondolencyjną. W niedzielę trafi ona do Ambasady RP, a stamtąd zostanie złożona na ręce Karoliny Kaczorowskiej, wdowy po Prezydencie.

W Londynie, w środowisku polskim panuje atmosfera żałoby. – Prezydent Kaczorowski był bardzo bliski sercu Polaków w Wielkiej Brytanii. Był nie tylko prezydentem, ale również jednym z nas, emigrantów. Był wzorem godnym naśladowania. Dawał nam przykład swoją patriotyczną postawą – mówi Monika Tkaczyk, reprezentująca największą organizację polonijną na Wyspach, Zjednoczenie Polskie.

Ryszard Kaczorowski osiadł w Wielkiej Brytanii po II wojny światowej, wcześniej przechodząc szlak bojowy 2 Korpusu z Armią Polską gen. Andersa, walcząc m.in. pod Monte Cassino. Prezydent uczestniczył czynnie w życiu brytyjskiej Polonii i był częstym gościem w ośrodkach polonijnych w całym kraju.

W ostatniej rozmowie z Gazetą.pl, która miała miejsce podczas wizyty Karola Księcia Walii i Camilli Księżnej Kornwalii w POSK-u, Prezydent Kaczorowski nie krył wzruszenia ze spotkania z przyszłym monarchą. – Następca tronu spotkał się z żywymi świadkami wojennych wydarzeń, którzy stanęli przy boku Wielkiej Brytanii w trudnych chwilach wojny – mówił.

W wypadku samolotu zginął również dziekan Polskiej Misji Katolickiej w Anglii i Wali ks. prałat Bronisław Gostomski, zarazem proboszcz jednej z największych polskich parafii w Londynie – kościoła pw. św. Andrzeja Boboli w dzielnicy Hammersmith.

Utratę duszpasterza komentują parafianie: – To ogromna i nieodżałowana strata – mówi 29-letnia Anita Gołębiowska. – W tej trudnej chwili, w obliczu utraty elity naszego kraju, nasze serca i wzrok kierujemy ku ojczyźnie – dodaje w imieniu własnym i zebranych przed kościołem Polaków.

Wszystkie serwisy informacyjne w Wielkiej Brytanii podały informacje o katastrofie. Oficjalne kondolencje na ręce ambasady RP w Londynie złożyło brytyjskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych. Ambasador Barbara Tuge-Erecińska wyraziła swoje wyrazy współczucia wobec wdowy po prezydencie Kaczorowskim.

W ciągu najbliższych dni w polskich kościołach odbędą się nabożeństwa w intencji ofiar i ich rodzin. Udział w nich zapowiadają tysiące polskich wiernych na Wyspach.

 

http://www.tvp.info/informacje/swiat/polonia-zjednoczona-w-bolu/1644507

Siedemnaście mgnień


2010.05.07 / Anna Rączkowska

17 dni Rybiccy czekali na powrót Arama do kraju, bez pewności, że kiedykolwiek to nastąpi. Nastąpiło jednak, Aram wrócił w ostatnim konwoju. Dwadzieścia jeden trumien. Arama – numer 17.

Ten dzień zapamiętamy wszyscy. Tak wiele zostało już powiedziane, a emocje nadal dają o sobie znać. Mój kolega napisał w poprzednim numerze „Nowego Czasu”, że każdy będzie próbował sobie przypomnieć, co robił i gdzie był w tym czasie.
Pierwszy zadzwonił operator Piotr Dobroniak. – Ty pewnie śpisz i nic nie wiesz… – zaczyna. Nie spałam, ale nie wiedziałam… Pięć minut później dzwoni Maciej Woroch z TVN. – Anka, no to do roboty! – krzyczy do słuchawki. A ja się w duchu modlę, żeby to był ten jeden z głupich żartów moich chłopaków. Ale nie był. Umawiamy się wszyscy pod POSK-iem, no bo gdzie?
Dzwonię do Warszawy. Szefowa mnie – delikatnie mówiąc – zrzuca, bo ma Rosję na głowie. W tym samym czasie przychodzi sms od kolegi z CNN w Londynie: Bloody hell… it’s hard to believe. Dzwoni drugi operator, Robert Rogalski. Dobrze, dzielę robotę, będzie łatwiej… Za chwilę szefowa zagranicy TVP Danuta Dobrzyńska. – Ania, przepraszam… rozumiesz…
Pewnie, że rozumiem… Daje wytyczne i pracujemy już na okrągło.

Lista
Listę ofiar katastrofy dokładnie przestudiowałam dopiero po przesłaniu ostatnich materiałów do „Wiadomości” w sobotę wieczorem. Wiedziałam oczywiście, że na pokładzie była Para Prezydencka, ksiądz proboszcz Gostomski, Prezydent Kaczorowski, z którym przeprowadziliśmy ostatni wywiad telewizyjny przy okazji nadania mu orderu Bene Merito przez Radosława Sikorskiego, ale Aram jakoś mi umknął… I zobaczyłam… Arkadiusz Rybicki, poseł. Dla rodziny i przyjaciół – Aram.
Naprawdę trudno mi sobie już nawet przypomnieć, jakie myśli mną targały, ale pamiętam, że pomyślałam o Małgosi, Antku, Magdzie, która teraz gdzieś w Niemczech mieszka, Jarku… Joannie…

Gdańsk
Każdy, kto pochodzi z Gdańska, tak jak ja, z którymś z Rybickich na pewno się zetknął. Już choćby z powodu ich niezwykłej aktywności politycznej i społecznej. Znam większość rodziny Rybickich. Nasze dzieci chodziły do tej samej szkoły. Pracowaliśmy razem. Aram był moim bezpośrednim przełożonym w pierwszej niezależnej agencji filmowej Profilm. Pracowaliśmy przy programie dla dzieci „Od przedszkola do Opola”. Na nagrania do Teatru Muzycznego przychodziły nasze całe rodziny. Szefem i założycielem Profilmu był Maciej Grzywaczewski, późniejszy szef Jedynki TVP, mąż siostry Arama, Bożeny. Pracowali tam też inni członkowie rodu Rybickich, moja rodzina też tam pracowała… Miłka, moja córka biegała po korytarzach między gabinetem Arama i Maćka a montażownią….

Fotografie
Fotografie Adama zobaczyłam na facebooku, który w czasie tych kilkunastu dni spełniał rolę agencji informacyjnej, bywało, że szybszej niż Roeuters. Adama nie znałam, od dziecka wychowywał się w Sztokholmie. To w ich domu zatrzymywali się działacze opozycji, kiedy w Polsce nie mogli znaleźć pracy. Przyjeżdżali na zbiory truskawek i jagód. Bywało, że w ich kuchni na podłodze „kimał” nasz obecny premier Donald Tusk.
Zdjęcia z jego albumu oglądałam już w nocy. Wtedy dopiero był czas na rozmowy telefoniczne, choć jeszcze po północy dzwonili z TVP z planami na kolejny dzień, dzwonił Wiktor Moszczyński z informacją od pani Karoliny Kaczorowskiej, dzwonili znajomi ze Stanów, z Brukseli… i tak do rana. Trzymając rozgrzaną do czerwoności słuchawkę oglądałam zdjęcia Rybickich. W końcu córka mi zabroniła, mówiąc, że wymierzam sobie emocjonalną chłostę. I nagle informacja: Adam wraca do Londynu. Kontaktuję się z nim, mówię, że trzeba pokazać, że ludzie nie wiedzą…
Dzwonię do Teresy Bazarnik z „Nowego Czasu”. Pomysł jej się podoba, proponuje ściany krypt kościoła, w którym za trzy dni ma odbyć się Recital Katyński. Wariactwo. Dzwonię do Zjednoczenia Polskiego. Monika Tkaczyk załatwia drukarnię, pani Helena Miziniak zgadza się pokryć koszty. A wszystko to trwa jakieś 5 minut… W poniedziałek wieszamy. Pomaga malarka Maria Kaleta, która zawiesza również swoje dwie piękne grafiki, obok jej prac fotografie Ryszarda Szydły. Przy przygotowaniu ekspozycji pomagają również Alex Sławiński, dziennikarz „Nowego Czasu”, i jego partnerka Beata Kuczka.

Siedemnaście
Adam Potrykus w katastrofie prezydenckiego samolotu pod Smoleńskiem stracił wujka Arkadiusza Rybickiego. Kiedy dowiedział się o katastrofie, natychmiast wyleciał z Londynu do Gdańska i przez kilkanaście dni mieszkał w mieszkaniu Arama i Małgosi Rybickich przy Sienkiewicza. Opiekował się chorym na autyzm ich synem Antkiem. Był z bliskimi i robił zdjęcia. Bo wszyscy Rybiccy zawsze i wszędzie robią zdjęcia. Tradycja przechodzi z pokolenia na pokolenie. Adam – jak sam mówi – znalazł się w oku cyklonu. Powstały setki unikatowych fotografii, w czwartek musieliśmy wybrać tylko 30, chociaż żadne z nich nie było robione z myślą o wystawie.
Tragedia pod Smoleńskiem poruszyła świat, Polskę, Polaków. Adam aparatem fotograficznym zapisał historię siedemnastu dni jednej rodziny. Rodziny, która straciła nie posła, ministra i działacza politycznego, ale męża, ojca, brata, wujka….
Umawiamy się na kolację, wybieramy zdjęcia, każde z nich ma swoją historię. Jest nierozpakowana walizka Arama, która wróciła po kilku dniach. Nie ta ze Smoleńska, tylko „awaryjna – poselska”, która została na lotnisku w samochodzie. Adam opowiada, jak Małgosia, wdowa po Aramie, patrzyła na nią kilka godzin zanim odważyła się ją rozpakować… Jest zdjęcie Małgosi, która dzwoni do Moskwy i błaga o informacje… Zdjęcia z drogi na lotnisko wojskowe w Warszawie… Zapominamy o kolacji, pijemy butelkę wina i wylewamy dwie… łez.
Adam już nie musi być dzielny.
Bratowa Arama Joanna, żona Jarka, wysłała mi krótką wiadomość: „…Warto pokazać te zdjęcia, to dokument o 17 dniach niepokoju, przesuwaniu granicy wytrzymałości, kolejnych uroczystościach pożegnalnych bez pewności, że Aram wróci i wreszcie o ostatnim pożegnaniu. Dziękujemy za wszystko, co w Londynie dla Arama…”
Marianna Grzywaczewska, córka Macieja i Bożeny Rybickiej pisze do mnie w sobotę: „Szkoda, że nie możemy tam być… Trzymamy kciuki”.

Rozrachunek
Próbowałam przypomnieć sobie, kiedy pierwszy raz spotkałam Arama. Jego najmłodszy brat Jarek zwołał grupę znajomych, żeby pomóc mu  przy rozwieszaniu plakatów wyborczych. Biegaliśmy po centrum Gdańska przyklejając gdzie się da granatowe arkusze z fotografią Arama. Kiedy przygotowywaliśmy wystawę i przyklejałam do ściany zdjęcia Adama Potrykusa uzmysłowiłam sobie, że dla mnie właśnie teraz przyszedł czas na osobisty rozrachunek z tragedią pod Smoleńskiem. I tak, jak przed wielu laty poznałam Arkadiusza Rybickiego rozwieszając w Gdańsku jego fotografie, pożegnałam się z nim w kryptach kościoła w centrum Londynu, rozwieszając zdjęcia jego siostrzeńca.
PS. W imieniu Adama, rodziny Rybickich i własnym dziękuję „Nowemu Czasowi” za realizowanie najbardziej niemożliwych pomysłów, Zjednoczeniu Polskiemu – Monice Tkaczyk za pomoc, pani Helenie Miziniak za zrozumienie. I jeszcze raz Marii, Ryszardowi, Aleksowi i Beacie.

Polonia zjednoczona w bólu


Miliony Polaków, bez względu na osobiste poglądy i przekonania, jednoczą się w bólu po stracie najważniejszych osób w państwie. Na całym świecie pod polskimi ambasadami zapłonęły znicze, zakwitły kwiaty. Polska społeczność mieszkająca poza granicami kraju wstrząśnięta tragedią narodową oddaje hołd ofiarom katastrofy lotniczej pod Smoleńskiem i modli się w ich intencji.

Dziesiątki zniczy płonie przed polską ambasadą w Madrycie. Już od rana przychodzą Polacy, aby złożyć kwiaty i zapalić świeczki na znak żałoby po śmieci w tragicznym wypadku samolotowym pod Smoleńskiem.

Najstarsza organizacja polonijna w Hiszpanii, Orzeł Biały, zamierza odprawić niedzielną wieczorną mszę żałobną w kościele Santa Lucia w Alcala de Henares, największym skupisku Polaków w Hiszpanii. Msze żałobne zapowiedziały także inne lokalne organizacje polonijne na terenie całego kraju.

Brukseli na mszę żałobną w kościele dominikanów w dzielnicy europejskiej przyszły tłumy Polaków. – Ciężko jest nam bardzo wszystkim. Jesteśmy zaszokowani. Tyle, co możemy zrobić, to przyjść wszyscy razem na mszę – mówi Polka, która dowiedziała się o tragicznej wiadomości podczas urlopu w Brukseli. – To jest dla nas wprost nie do wiary, jak można taką elitę stracić w jednej chwili. To jest w Smoleńsku, w Katyniu, historia się powtarza – nie może uwierzyć przedstawicielka Polonii, która mieszka w Brukseli od 40 lat.

Setki osób wpisały się do księgi kondolencyjnej po śmierci prezydenta Lecha Kaczyńskiego w ambasadzie RP wWaszyngtonie. Przez całą sobotę hołd przychodzili złożyć ofiarom katastrofy przedstawiciele Polonii.

– Mieszkałem w Krakowie na początku lat 90. To, co mnie najbardziej uderzyło w tej tragedii to fakt, że ludzie którzy zginęli, lecieli na obchody masakry w Katyniu. To szczególnie trudne – mówi jeden ze spotkanych rodaków. – Byłem amerykańskim attache handlowym w Warszawie w latach 2001-2004. Pamiętam jak Polacy zachowali się po 11 września. Do dziś mam przed oczami kwiaty i znicze przed ambasadą USA. Teraz ja przyniosłem kwiaty i składam Wam wyrazy współczucia.

Do budynku ambasady RP w Waszyngtonie przychodzili także nasi sąsiedzi – Czesi, Słowacy i Rosjanie. – Nazywam się Lena. Jestem nauczycielka rosyjskiego. To straszna tragedia. Sercem jestem z Polakami oraz bliskimi osób, które zginęły – mówi.

Polacy mieszkający w metropolii nowojorskiej uczestniczą w żałobnych mszach za ofiary sobotniej katastrofy polskiego samolotu pod Smoleńskiem, w której zginął m.in. prezydent RP Lech Kaczyński.

Walka o wyższe wynagrodzenie


Wtorek, 08.02.2011
Walka o wyższe wynagrodzenie

Spośród wszystkich państw Europy Zachodniej, Anglia jest na pierwszym miejscu, jeśli chodzi o najniższe zarobki pracowników hoteli. Oczywiście nie chodzi tu o kadrę zarządzającą, lecz o tzw. „fizycznych”, od których wymaga się wysokiego standardu pracy, lecz w zamian oferuje się najniższy standard płacy.

Obywatelska organizacja London Citizens (LC) i związki zawodowe Unite prowadzą kampanię, której celem jest zmiana stosunku do ludzi zatrudnionych w hotelach. Chodzi o wyższe stawki, możliwość podnoszenia kwalifikacji i awansu, współpracę ze związkami zawodowymi, pomoc w stworzeniu możliwości nauki języka angielskiego i równe prawo do rozwoju zawodowego tak dla sprzątaczki, jak i dla pani z hotelowego biura.

Stawka na życie
W środę, 25 marca, w brytyjskim parlamencie, członkowie Unite i London Citizens ogłosili raport „Rooms for Change”, którego założenia mają być zrealizowane do 2012 roku, tak by Londyn rzeczywiście zasłużył sobie na miano Miasta Olimpijskiego. Autorzy raportu uznali, że przywilej organizowania największego święta etycznej, sportowej rywalizacji, stanowi dla miasta rodzaj nobilitacji. A póki co, Londyn na nią nie zasługuje, właśnie z tego względu, że za wytworną fasadą ekskluzywnych hoteli, kryje się zaplecze ludzi ledwo wiążących koniec z końcem. Od dziewięciu lat London Citizens walczy o wprowadzanie przez korporacje minimalnej stawki płacy, ale obliczanej specjalnie dla Londynu, ponieważ koszty życia są tutaj większe niż w innych miastach Wielkiej Brytanii. Stawce gwarantowanej ustawowo (National Minimum Wage) LC przeciwstawiło stawkę London Living Wage, która obecnie wynosi 7,45 funta za godzinę. Co roku oblicza ją urząd burmistrza Londynu, który zresztą w pełni popiera walkę organizacji o przestrzeganie Living Wage. Z raportu „Rooms for Change” wynika, że porównując średnie zarobki pracowników hoteli opłacanych oczywiście stawką National Minimum Wage, bo na większą na ogół nie mogą liczyć, zarabiają około 917 funtów miesięcznie. Tymczasem, przeliczając wciąż na funty, zatrudnieni w hotelach w Norwegii zarabiają dwa razy więcej – około 1900 na rękę. Lepiej płaci się w Niemczech, Finlandii i wyjeżdżając poza Europę: w Australii. Przy czym stolica Wielkiej Brytanii wciąż przoduje w kosztach utrzymania.

Ludzie tacy jak ty
Ekskluzywne hotele w centrum Londynu, są uzależnione od serwowania swoim pracownikom płacy najniższej z legalnie możliwych. Można to zmienić tylko dzięki osobistemu zaangażowaniu ludzi, których ten problem dotyczy. Zaledwie cztery procent pracowników hotelowych to członkowie związków zawodowych. Jest to najniższy odsetek spośród wszystkich grup zawodowych. I również z tego względu jest to grupa pracowników najbardziej wykorzystywanych. Zwłaszcza jeśli są to ludzie zatrudniani przez agencje. Paulina Sagan jest członkiem związku Unite. Była jedną z osób, która wystąpiła podczas inauguracji raportu. – Pracowałam dla agencji Central London Facility w Kensington Close Hotel na West Endzie. Którejś niedzieli supervisor pół godziny spóźnił się z listą pokoi do posprzątania. Zdecydowałyśmy więc z dziewczynami, że nie podejmujemy pracy, a w poniedziałek wszystkie zapisałyśmy się do związków zawodowych. Dziesięć osób, same Polki. Część z nich się jednak wykruszyła, a teraz jest nawet tak, że pracą nad zmianami w warunkach zatrudnienia interesuję się tylko ja. Bo chcę coś osiągnąć i nie pozwolę na to, żeby nas oszukiwano i mówiono tak, jak powiedział menedżer agencji: „ja się nie martwię o głupie Polki, bo znajdę sobie tanie w utrzymaniu Rumunki”.

Po prostu działać
Osoby, które działają na rzecz poprawy warunków pracy w hotelach, to nie tylko pracownicy London Citizens czy związku Unite, lecz również wolontariusze, tacy jak Omosefe, emigrantka z Nigerii. Od piętnastu lat sprząta hotelowe pokoje, bez szans na awans. Przez te lata dorobiła się stawki 6,30 funtów za godzinę. Zapisała się do związków po tym, jak pracodawca nie podwyższał jej pensji przez cztery lata. Jest również bardzo aktywna w swojej społeczności, jako liderka Women’s Group przy swoim kościele. Podobnie Monika Tkaczyk, która na co dzień pracuje jako pokojówka, a kończąc pracę o godzinie 13.00 angażuje się w działalność stowarzyszenia Poland Street. – Jak wyglądałoby moje życie, gdybym zarabiała stawkę Living Wage? Gdyby było to tysiące funtów więcej, mogłabym snuć wielkie plany, ale Living Wage pozwoliłoby mi po prostu na nieco więcej wydatków. Mogłabym zabrać syna do kina, albo kupić mu coś nowego do ubrania, może odłożyć coś na wakacje – mówi Monika.

Efekty
Pierwsza z wytycznych raportu „Rooms for Change” mówi o skłonieniu zarządu najdroższych londyńskich hoteli do wprowadzenia stawki Living Wage, jako podstawowej dla wszystkich swoich pracowników. Od miesięcy prowadzone są starania o spotkanie z głównym menedżerem hotelu Andaz z sieci Hyatt. Trwają już za to rozmowy z siecią Hilton. Otworzyła się na negocjacje z London Citizens po trzech latach od momentu pierwszego listu z propozycją spotkania.

Elżbieta Sobolewska

Odliczanie do wyborów


Ilona Blicharzc

Kampania wyborcza w Wielkiej Brytanii trwa w najlepsze. Już 6 maja Wyspiarze zdecydują, kto będzie nimi rządził przez najbliższe pięć lat. Czy dadzą jeszcze jedną szansę obecnemu premierowi Gordonowi Brownowi?

Wszystko przebiegło zgodnie z tradycją. 6 kwietnia premier Wielkiej Brytanii udał się do Pałacu Buckingham i poprosił królową o rozwiązanie Parlamentu. Później wrócił na Downing Street i ogłosił, że dokładnie za miesiąc, 6 maja, Wyspiarze wybiorą nowych przedstawicieli. Tym samym rozpoczęła się oficjalna kampania wyborcza na Wyspach. Oficjalna, bo tak naprawdę brytyjskie partie już dawno rozpoczęły niezwykle zacietą walkę o głosy społeczeństwa.
Liderzy największych partii wygłosili przemówienia. Premier Gordon Brown stwierdził: “Przez kilka najbliższych tygodni objadę cały kraj wzdłuż i wszerz przekazując ludziom bardzo jasną i prostą wiadomość: Wielka Brytania jest na drodze do gospodarczego ożywienia i nic nie powinno tego ożywienia zakłócić”. Jego główny rywal, David Cameron z Partii Konserwatywnej mówił do otaczających go nad brzegiem Tamizy wyborców: „Nie musicie być skazani na kolejne pięć lat z Gordonem Brownem”.
Eksperci są zgodni: tegoroczna kampania będzie najbardziej nieprzewidywalna, zaciekła a zarazem interesująca w ostatnich latach. Powodów jesty kilka: obaj przywódcy głównych partii poprowadzą ją po raz pierwszy. Obie strony bardzo zbliżyły się do siebie programowo, dlatego duże znaczenie będzie miał dar przekonywania czy urok osobisty. Nie bez znaczenie jest też to, że kraj znajduje się w trudnej sytuacji wychodzenia z kryzysu.
Pikanterii dodaje też to, że jeszcze kilka miesięcy temu sytuacja zdawała się przesądzona. Pogrożeni w kryzysie Brytyjczycy jasno mówili, że tym razem poprą konserwatystów, dając im ponad 40 procentową przewagę w sondażach, potrzebną do samodzielnego rządzenia. W ostatnich tygodniach jednak, kiedy nastroje gospodarcze znacznie się poprawiły, laburzyści zaczęli odrabiać straty. Ostatnie sondaże z połowy kwietnia pokazują, że konserwatyści co prawda mogą liczyć na od 37 (ICM dla “Guardiana”) do 39 (YouGov dla “The Sun”) procent głosów i wyprzedzają Partię Pracy o 6 punktów procentowych, ale to wciąż za mało, aby mieć bezwzględną większość. Z kolei laburzyści idą w górę, ale wciąż mają trudności z przełamaniem 35 procentowego progu poparcia, które stwarzałoby im nadzieję na utrzymanie się u władzy. Stawką w wyborach jest obsadzenie 650 mandatów w Izbie Gmin. Większość bezwzględna wynosi 326 mandatów. W poprzednich wyborach Partia Pracy miała ich 355.
Ważną rolę może odegrać w kampani zatem trzecia największa partia: Liberałowie, która zyskuje w sondażach 20 procent głosów. Partia Liberalno – Demokratyczna może wejść w koalicją zarówno z laburzystami jak i torysami.
Debaty i żony
Dla Gordona Browna to trudna kampania, bo po raz pierwszy poprowadzi partię do wyborów, po tym jak w 2007 roku przejął władzę od Tonyego Blaira. A ze wszelkich stron płyną na niego oskarżenia o zapaść gospodarczą i nieprzygotowanie kraju do kryzysu.
Brown zwraca jednak uwagę, że kraj wychodzi już z kryzysu i to jego zasługa. Obecny premier twierdzi, że najgorsze już za Brytyjczykami i umożliwienie mu dalszej samodzielnej władzy znacznie przyspieszy ożywienie gospodarcze na Wyspach.
Na niekorzyść dla obecnego premiera działa jego wizerunek. Jest raczej postrzegany jako osoba zimna i nieprzyjemna. Konserwatyści twierdzą, że Brown ze względu na wybuchowy temperament jestnieprzewidywalny i trudny we współpracy. Nad tym jednak pracują już doradcy premiera starając się pokazać go w lepszym, bardziej rodzinnym świetle.
Wizerunek doskonale wypracował sobie za to jego rywal David Cameron. Po pierwsze młodszy i przystojniejszy od Browna, co zresztą stało się przyczyną społecznej kampanii przerabiania bilbordów wyborczych lidera konserwatystów i oskarżania Camerona o zbytnie korzystanie z Photoshopa (MyDavidCameron.com).
Po drugie ma niezwykle haryzmatyczną małżonkę. Samantha Cameron, w widocznej ciąży z czwartym dzieckiem, wzięła urlop i jeździ na wiece, bierze udział w telewizyjnych talk-show, udziela wywiadów. Do wyborów będzie można ją oglądać przy domowych obowiązkach za pomocą wideobloga Cameronów.
Hasła Camerona przypominają styl, który w ostatnich wyborach amerykańskich uprawiał Barack Obama, mówiąc o tym, że obiecuje nowy ład. Cameron obiecuje „nowy start”, a zamiast „wielkiej władzy”, jaką jego zdaniem reprezentują laburzyści, tworzenie „wielkiego społeczeństwa”. Dla Torystów wybory to wielkie wyzwanie, bo mają szansę po 13 latach bycia w opozycji wrócić do władzy. Wcześniej konserwatyści rządzili na Wyspach do 1997 roku nieprzerwanie przez 18 lat, pod kierownictwem Margaret Thatcher i Johna Majora. Cameron podobnie jak Brown po raz pierwszy prowadzi partię do wyborów.
W tym roku liderzy będą mieli okazje przedstawić swoje programy, a także zaprezentować osobowość za pomocą niezwyle popularnego w Stanach Zjednoczonych, a zupełnie nowego na Wyspach narzędzia – debaty telewizyjnej. Politycy zmierzą się w takich pojedynkach 15, 22 i 29 kwietnia.
W obecnej kampanii nie brakuje też wątku imigracyjnego. Konserwatyści co i rusz oskarżają rządzących o złą politykę imigracyjną. Zarzucają Brownowi, że nie wypełnił zapowiadanej obietnicy: Brytyjskie miejsca pracy dla Brytyjczyków. Głośny echem odbił sie ostatni raport, który pokazywał, że spośród około 1,7 miliona nowoutworzonych od 1997 roku przez laburzystów miejsc pracy aż 98,5 procenta zajęli cudzoziemcy. Torysi zapowiedzieli wówczas, że opowiadają się za redukcją imigracji do poziomu z lat 80-tych i 90-tych za pomocą wprowadzenia limitów imigracyjnych. Luburzyści poinformowali, że odrzucają projekt wprowadzenia kwot imigracyjnych, ponieważ jest on szkodliwy dla wzrostu gospodarczego.
Polacy głosujcie!
Tak jak i w ubiegłych latach polskie stowarzyszenia, czy to Zjednoczenie Polskie w Wielkiej Brytanii czy organizacja nowej emigracji „Poland Street” zachęcają również Polaków do wzięcia udziału w głosowaniu. Liczna grupa Polaków mieszkających na Wyspach to bowiem ważny i liczacy się głos w wyborach. – Zachęcamy do wzięcia udziału w głosowaniu do Parlamentu i władz lokalnych. Dzieki temu możemy wpłynąć na nasze przyszłe życie w UK. Aby to zrobić należy zarejestrować się w lokalnym urzędzie. Jeśli ktoś dokonał rezerwacji przy poprzednich głosowaniach nie ma potrzeby ponowinie sią zgłaszać – informuje Monika Tkaczyk z „Poland Street”. Zarejestrować można się również za pomocą internetu, poprzez stronę internetową Electoral Commission.

Ilona Blicharz


Wystawa prac polskich artystów amatorów Monka Tkaczyk


Galeria POSK-u zaprasza na zbiorową wystawę artystów-amatorów. 25 hobbystów i ponad setka prac! Wernisaż odbędzie się w piątek 9 kwietnia o godz. 18.30

Wstęp wolny!

Swoje prace zaprezentują:

Zofia Turlik,Monika Tkaczyk,Marzena Kleszcz Malysz,Monika Kuchanowska, Pawel Kwiecien, Dorota Hrycak-Krzyzanowska, Wojciech Nowacki, Anna Słabiak, Artur Zarczyński, Piotr Gajdos, Magdalena Sielicka, Michal Kruszczynski, Agata Szmyka, Przemysław Małacha, Radosław Janicki, Jacek Krzyzanowski, Elzbieta Zajaczkowska, Teofilia Rumun, Katarzyna Cieslinska, Monika Kuchnowska, Joanna Pietrzyk, Michal Cabaj, Marlena Iwanska, Ewelina Klosinska, Piotr Kurcman, Karina Sabbagha.

Województwo śląskie


Bydgoszcz: Rodacy, zapraszamy nad Brdę!

W sobotę 25 kwietnia, przedstawiciele bydgoskiego ratusza zaprezentowali swoje miasto londyńskiej Polonii. W kameralnym spotkaniu z urzędnikami uczestniczyło około 80 osób. Bydgoszcz to już czwarte polskie miasto, które przyjechało do Londynu przedstawić swoje atuty.

Spotkanie z reprezentantami bydgoskiego magistratu odbyło się w ramach projektu „12 Miast – Wracać? Ale dokąd? – porozmawiajmy o konkretach”, organizowanego przez Stowarzyszenie Młodej Polonii w Wielkiej Brytanii – Poland Street. Wcześniej, w Londynie gościły kolejno SzczecinPoznań iKatowice. Tym razem, emigranci mieli okazję uzyskać informacje dotyczące aktualnej sytuacji na rynku pracy i nieruchomości oraz walorów codziennego życia w Bydgoszczy.

Pierwszą część spotkania rozpoczął film promujący miasto, a następnie głos zabrał wiceprezydent Bydgoszczy – Maciej Grześkowiak. Gospodarz znad Brdy przedstawił główne kierunki rozwoju miasta oraz bogate życie kulturalne i rozrywkowe. Wiceprezydent pochwalił się również wykorzystywaniem w urzędach nowoczesnych technologii, które ułatwiają codzienne życie mieszkańcom. Jest to na przykład możliwość wirtualnego składania wniosków czy uiszczania opłat urzędowych przy pomocy kart płatniczych.

Bydgoszcz zaprezentowano jako miasto atrakcyjne turystycznie, w którym odbywają się liczne koncerty i festiwale oraz jako miasto ludzi młodych, bowiem średnia wieku mieszkańców wynosi 36 lat. Wiceprezydent Grześkowiak podkreślał dynamiczny rozwój miasta w dobie światowego kryzysu ekonomicznego. „W mieście rozpoczął się właśnie czas wielkiej przemiany. Za kilka lat nie poznacie Bydgoszczy! W ciągu najbliższych pięciu lat stanie się ona nowoczesnym, europejskim miastem” – przekonywał Grześkowiak.

Głównym punktem dnia była wideokonferencja z udziałem ekspertów, która doprowadziła do gorącej debaty z obecną na spotkaniu Polonią. Zgromadzona publiczność zadawała wiele pytań specjalistom z portalu Pracuj.pl, Powiatowego Urzędu Pracy, Wojskowej Komendy Uzupełnień, Banku Pocztowego oraz Biura Karier przy Wyższej Szkole Gospodarki. Zagadnienia dotyczyły głównie zatrudnienia w poszczególnych sektorach oraz możliwości otwierania działalności gospodarczej. „Uczestnicy mieli tak dużo pytań, że musieliśmy przedłużyć tę część spotkania o ponad pół godziny! Rodacy dosłownie wyrywali sobie mikrofon z rąk!” – komentuje Monika Tkaczyk, Sekretarz Zarządu Poland Street.

Jedną z ostatnich prezentacji było wystąpienie Edyty Saks z Wyższej Szkoły Gospodarki w Bydgoszczy, która opowiedziała o dostępnej ofercie edukacyjnej oraz działalności Biura Karier. Spotkanie dopełniła prezentacja projektu ENJOY.Bydgoszcz.pl, który jest inicjatywą obywatelską rodowitych bydgoszczan zamieszkujących Wyspy Brytyjskie. Przedsięwzięcie autorstwa Stowarzyszenia Polonia Nottingham, ma na celu promocję Bydgoszczy w Polsce, Wielkiej Brytanii i Irlandii.

Kolejnym miastem, które zaprezentuje się Polonii już 23 maja będzie Lublin.

Projekt „12 miast – Wracać? Ale dokąd? – porozmawiajmy o konkretach” ma charakter informacyjny i jest skierowany do wszystkich Polaków, którzy rozważają powrót do kraju. Celem projektu jest próba odpowiedzi na pytanie „Czy warto wracać do Polski?”.

Więcej informacji znajduje się na stronie internetowejwww.polandstreet.org.uk

 

Na podst. Stowarzyszenie Młodej Polonii w Wielkiej Brytanii – Poland Street

 

 

Polska armia zachęca emigrantów


Ministerstwo Obrony Narodowej zapowiada, że chce zasilić szeregi polskiego wojska  zawodowego rekrutując Polaków pracujących w Wielkiej Brytanii. Jesteśmy atrakcyjnym i stabilnym pracodawcą – przekonują urzędnicy.

Resort skontaktował się już w tej sprawie ze stowarzyszeniem Poland Street i zwrócił się o współpracę. MON rozważa włączenie się do projektu „12 miast. Wracać, ale dokąd? – porozmawiajmy o konkretach”. Inicjatywa, której głównym patronem medialnym jest „Goniec Polski”, polega na rozłożonej w czasie prezentacji aż dwunastu polskich miast, które chcą pokazać, jak bardzo zależy im na powrocie Polaków z Wysp do kraju.

– MON rozważa promocję poszczególnych jednostek wojskowych znajdujących się w pobliżu miast biorących udział w naszym projekcie albo nawet całościową promocję wojska jako pracodawcy – mówi „Rzeczpospolitej” Monika Tkaczyk, sekretarz zarządu Poland Street.

– Nasza oferta skierowana jest do wszystkich młodych ludzi zainteresowanych armią zawodową. Jednak pomysł promocji armii poza granicami kraju jest bardzo dobry – ocenia na łamach gazety płk Sylwester Michalski, rzecznik prasowy Sztabu Generalnego. Podkreśla, że wielu młodych ludzi kilka lat temu wyjechało z kraju, by uniknąć obowiązkowej służby wojskowej. – Dobrze by było, gdyby teraz wrócili jako ochotnicy – dodaje.

Czyżby pracownicy resortu obrony dotarli do doniesień prasy brytyjskiej o Polakach, którzy coraz chętniej wstępują do brytyjskiej armii i pozazdrościli Brytyjczykom sukcesu? – zastanawiają się Polacy na Wyspach.

Jednak szybko zauważają: porównując te dwie propozycje trudno nie wziąć pod uwagę różnicy w zarobkach. Przeciętna pensje polskiego szeregowego to tyko ok. 2,5 tys. zł brutto.

ika, goniec.com

„Polska jest zacofana”


Rozmawia Sylwia Milan
ostatnia aktualizacja: 2009/06/03 06:00

Gdy na emigracji nie pracujesz w swoim zawodzie, nie masz o czym rozmawiać ze znajomymi z pracy. Wtedy uciekasz. Dokąd? Propozycja MONIKI TKACZYK z Poland Street, która w UK jest od 4,5 roku. Tutaj zatrudniona jest w hotelu, w Polsce natomiast pracowała w księgowości.

Czy twoim zdaniem to prawda, że Polacy nie lubią angażować się społecznie, chyba że mają jakiś pretekst?
Wyjeżdżając z kraju, człowiek przyjeżdża w nowe miejsce, jest wystraszony. Z czasem nabiera pokory, chociaż do niej wiedzie długa droga. Emigranci ze średnim czy wyższym wykształceniem najczęściej nie pracują w swoim zawodzie. Potrzeba im kontaktów z osobami na swoim poziomie, o podobnych zainteresowaniach i problemach. W takich warunkach najchętniej uciekają. Dokąd? W swoje hobby, pasje, w organizacje. Nasze stowarzyszenie kojarzy takie osoby.

Działalność pozazawodowa sposobem na izolację, na jaką cierpi Polonia?

To próba wypełnienia pustki, która powstaje po wyjeździe. Sposób na zagospodarowanie wolnego czasu. Pretekst do spotkań. Powody mogą być różne, tak jak sami emigranci.

Dlaczego tu jesteś?
Wyjechałam, żeby zarobić na mieszkanie. W międzyczasie sytuacja się zmieniła. Mam syna, który przez rok czasu był pod opieką mojej mamy. To bardzo długa rozłąka. W pewnej chwili postanowiłam, że zakończę ją i sprowadzę dziecko do siebie. Gdy przyjechałam, nie znałam języka. Przyglądałam się wszystkiemu, ciężko pracowałam. To, że jestem w Poland Street, to zasługa Roberta Nowakowskiego, wiceprezesa związku.

Jak to?
Zapisałam syna do Związku Harcerstwa Polskiego. Tam spotkał go Robert i tak się zaczęło. Zgodziłam się zaangażować w tę działalność.

Kiedy wracasz do Polski?
Czy emigrant zna datę wyjazdu?

Nie, nigdy nie wiesz, co się wydarzy. W Polsce możesz sobie planować na rok, dwa do przodu. Tutaj nie.

Twoje plany zaskakują cię na plus czy na minus?
Na plus (uśmiecha się).

Czujesz się bezpieczniej w Polsce czy w Anglii?
Brakuje mi przyjaźni, znajomych, takich jak w Polsce.

Masz polską duszę, stąd to rozdarcie. Czy twój syn też tego zaznaje?

Właśnie przebywa w Polsce. Pytałam go dziś przez telefon, czy jest zadowolony, czy chce przyjeżdżać. A on mi mówi, że czuje się dziwnie. W jego odczuciu Polska jest zacofana.

Ile on ma lat?

Piętnaście. Już bardzo dużo rozumie. Zdaje sobie sprawę z realiów panujących w tej chwili. Mówi, że trochę mu brakuje tego co jest tam, a gdy jest tam, to tego co jest tu. Z nim już chyba też tak będzie, tyle że w mniejszym stopniu. Jak na chwilę wyjedzie z Wielkiej Brytanii, to znów chce wracać.

Z jakimi pozytywnymi postaciami w ostatnich dwudziestu latach kojarzysz historię Polski jako emigrantka?
Bez względu na to, co się mówi o Lechu Wałęsie, to jest to pierwszy polityk Polski. Prócz niego, Aleksander Kwaśniewski, który wprowadził masę zmian. Chociaż zawsze będą osoby, które będą ich popierać i krytykować.

A generał Wojciech Jaruzelski?

(cisza) Nie wiem. W tej chwili bardzo trudno odnieść się do tego, bo jest dużo zakłamań historycznych. Czy to, co mówimy dziś, będzie mieć jeszcze jakieś znaczenie za 50, 100 lat?

 

Wojewódz Za? Zbyt późno? nareszcie CZY?


Michalina Buenk


ostatnia aktualizacja: 2009/09/29 04:32

Ruszyła infolinia ds. płacy i praw pracowniczych z inicjatywy Departamentu ds. działalności gospodarczej, innowacji i umiejętności. Pod numerem 08009172368 z bezpłatnej porady w niemal 100 językach będą mogli skorzystać wszyscy legalni pracownicy w Wielkiej Brytanii.

Inicjatywa ta jest reakcją na ubiegłoroczny raport Vulnerable Worker Enforcement Forum ma temat warunków pracy w UK. Ma ona być pierwszym elementem większej akcji informacyjnej dla pracowników o słabszej pozycji na rynku pracy (vulnerable workers). Pod darmową, poufną infolinią Pay & Work Rights Helpline, będzie można uzyskać informacje jak rozwiązać problem lub zgłosić naruszenie prawa przez pracodawcę w takich kwestiach jak krajowa płaca minimalna, minimalna płaca w rolnictwie, czas pracy, standardy agencji pośrednictwa pracy, wydawanie licencji pośrednikom działającym w rolnictwie i przetwórstwie żywności (tzw. gangmasters).

Pat McFadden, minister ds. działalności gospodarczej, z którego inicjatywy powstała ta infolinia powiedział, że „zespala się obecny skomplikowany system wielu infolinii zajmujących się różnymi sprawami w jeden numer, ułatwia pracownikom zgłaszanie nadużyć, a rządowi reakcję.” Dodał również, że rząd „chce przenieść ciężar obsługiwania systemu z pracownika na rząd. Jest to ważny krok i jesteśmy zdeterminowani, aby nie dopuścić do tego, by recesja stała się wymówką do odmowy pracowników ich podstawowych praw w pracy”.

Podczas konferencji prasowej z mediami z krajów Europy Środkowej i Wschodniej (m.in. Polski, Słowacji, Czech, Rumunii, Bułgarii), która odbyła się 23 września w budynku Departamentu ds. działalności gospodarczej, innowacji i umiejętności w Londynie, minister ds. relacji pracowniczych Lord Young podkreślał wygodę infolinii stworzonej specjalnie na potrzeby pracowników o słabszej pozycji na rynku pracy.

– Jest to darmowy serwis i dla pracowników, którzy chcą zasięgnąć porady, i pracodawców, pragnących upewnić się, że działają zgodnie z prawem. Staramy się przez to uprościć system informacji, w którym w przeszłości ludzie musieli dzwonić na 5 różnych numerów telefonów do różnych instytucji. Porady udzielane są w niemal 100 językach z tłumaczeniem na żywo dla tych, którzy nie mówią po angielsku.

Infolinia o budżecie 2,25 mln na następne 3 lata, której oddziały funkcjonować będą w 40 miastach na Wyspach, ma być promowana w mediach brytyjskich oraz z krajów Europy Środkowej i Wschodniej, jak również w stowarzyszeniach, organizacjach i kościołach poszczególnych społeczności imigranckich.

Lord Young zapewniał o jakości infolinii, ponieważ osobiście słuchał rozmów operatorów z dzwoniącymi pracownikami. Jedna z dziennikarek obecnych na konferencji podniosła jednak kwestię, iż kiedy przetestowała infolinię, udając, że nie mówi po angielsku, miała problem z doproszeniem się o osobę mówiącą w jej języku i dopiero po kilku minutach została połączona z tłumaczem. Ktoś inny mógłby już zrezygnować z dalszej rozmowy z operatorem mówiącym tylko po angielsku. Minister potraktował tę uwagę jako ważny element do dodania do treningu operatorów infolinii.

Małgorzata Sztuka ze Zjednoczenia Polskiego zauważyła, że polskiej społeczności bardziej przydałaby się darmowa linia porad prawnych. W odpowiedzi Lord Young podkreślił, że pod linią 08009172368 będzie można nie tylko uzyskać poradę na temat wypłaty, ale również zgłosić naruszenia czy nieprawidłowości w miejscu pracy, którymi od razu zajmą się odpowiednio przygotowane do tego organy.

Podczas konferencji przedstawiciele mediów społeczności imigrantów w Wielkiej Brytanii zadawali również pytania niedotyczące infolinii, a raczej podnoszące problemy poszczególnych nacji, m.in. konieczność rejestrowania się w systemie WRS (working registration scheme), restrykcje dotyczące przyjazdu na Wyspy Brytyjskie dla Rumunów, nieufność Słowaków do korzystania z tego typu pomocy itd.

W ocenie Moniki Tkaczyk z Poland Street, konferencja była udana, choć „zastanawiał brak prasy brytyjskiej, która miała osobną konferencję dzień wcześniej”. Małgorzata Sztuka podkreśliła natomiast, że „z polskiego punktu widzenia infolinia, choć ważna, jest trochę spóźniona”, ponieważ Zjednoczenie Polskie uruchomiło podobną infolinię w języku polskim już kilka lat temu.

Bezpłatna, poufna Pay & Work Rights Helpline 08009172368 z informacjami i poradami na temat płacy i praw pracowniczych dla legalnie pracujących w Wielkiej Brytanii, udzielanymi w 100 językach, w tym po polsku. Mogą na nią dzwonić wszyscy szukający informacji i pomocy w kwestiach krajowej płacy minimalnej oraz płacy minimalnej w rolnictwie, czasu pracy, standardów agencji pośrednictwa pracy oraz wydawania licencji pośrednikom działającym w rolnictwie i przetwórstwie żywności (tzw. gangmasters).

Informacje są również dostępne na stronie http://www.direct.gov.uk/payandworkrights-pol

Warto wiedzieć, że od 1 października wejdzie w życie podwyżka minimalnej płacy krajowej do 5.80 funta dla pracowników powyżej 22 lat i do 4.83 funta dla pracowników w wieku 18-21 lat.

Awantura na Polskiej Ulicy


Autor: Dominik Waszek

(6 Grudnia 2009)

Między polonijnymi organizacjami w Wielkiej Brytanii toczy się podskórna walka o prestiż. Poland Street, jako stowarzyszenie młodych Polaków, potrafi się sprzedać w mediach. Wśród członków innych organizacjibudzi to jednak niesmak. Twierdzą, że młodzi lansują się kosztem innych. Tylko zawiść czy coś więcej?

„Brak słów, żeby opisać to, co się tu dzieje” – czytamy w jednym z komentarzy do artykułu o organizacjach polonijnych działających na Wyspach Brytyjskich. „Frakcje, komisje, odłamy, podziały, walki o funkcje w zarządzie i personalne utarczki między wszystkimi” – tak internauci, którzy choć przez chwilę znaleźli się w orbicie działania polonijnych organizacji, opisują ich główne nurty aktywności. Co ciekawe, nie dzielą ich na lepsze i gorsze, mniej lub bardziej skuteczne. Na internetowych forach wszystkim dostaje się po równo. Starym, bo są starzy, młodym za brak doświadczenia, profesjonalnym za zawodowstwo, a branżowym za reprezentowanie wąskiego grona. Gdy człowiek w temacie nie siedzi, łapie się za głowę. Nie wiadomo, kto tu jest kim, o co i z kim walczy. Właśnie – jedno, co wiadomo to fakt, że o coś walczy.

– Zrezygnowałam z funkcji w zarządzie Poland Street, bo trudno ją było pogodzić z działalnością w zarządzie Zjednoczenia Polskiego – mówi Monika Tkaczyk, od kilku lat aktywna działaczka społeczna. – Nie podobały mi się też niektóre pomysły, które próbuje się forsować w Poland Street. Trwają prace nad nowym statutem organizacji i ma się tam znaleźć zapis o reprezentowaniu nie tylko Polaków, ale także innych mniejszości. Nie rozumiem dlaczego – dodaje.

Kto w światku organizacji polonijnych orientuje się słabo, ten prawdopodobnie też niewiele rozumie. I to nie tylko ze statutu Poland Street, ale i z całego powyższego akapitu. Czy powinien rozumieć? Chyba tak, zważywszy, że każda z tych organizacji mieni się być jego reprezentantem i głosem w jego imieniu. Przypomnijmy więc jak to było. Od początku.

Jak paproszki na wodzie

Historia polonijnych organizacji na Wyspach zaczyna się od Zjednoczenia Polskiego, które swą działalność rozpoczęło w 1946 roku, gdy rząd brytyjski wycofał swe poparcie dla Rządu Polskiego na Emigracji. Wtedy jednak Polaków na Wyspach było stosunkowo niewielu, a istnienie organizacji, która ich reprezentuje, stało się naturalną konsekwencją ich obecności na brytyjskiej ziemi.

Polacy, którzy po wojnie zostali w Wielkiej Brytanii, zachowywali się jak paproszki rzucone na powierzchnię wody – lgnęli do siebie wzajemnie, łącząc się w lokalne samopomocowe organizacje. Razem było im łatwiej radzić sobie na obcej ziemi i na tym fundamencie budowali swe wspólnoty. Z nich właśnie wyłoniło się Zjednoczenie Polskie, które zrzeszało w swych szeregach poszczególne lokalne koła i organizacje polonijne. Znów razem było im łatwiej i wkrótce Zjednoczenie Polskie stało się wspólnym głosem nadwiślańskiej emigracji na Wyspach. Na tyle donośnym, żeby nie mogły go ignorować brytyjskie władze.

Tak było aż do roku 1990, kiedy to prezydent Ryszard Kaczorowski oficjalnie przekazał insygnia władzy Lechowi Wałęsie. Wtedy Zjednoczenie Polskie nieco zmieniło profil swojej działalności, przejmując część kompetencji emigracyjnego rządu. Wówczas zostało też uznane przez polskie i brytyjskie władze jako organizacja reprezentująca interesy Polaków na Wyspach. – To były całe dziesięciolecia krok po kroku zdobywanych doświadczeń i marka, na którą pracowaliśmy latami – mówi anonimowo były działacz Zjednoczenia Polskiego. – Byliśmy poważnymi ludźmi, z którym Brytyjczycy chcieli i musieli się liczyć. A potem przyszli młodzi…

Panowie, lądujemy…

Młodzi przyszli tuż po 2004 roku, kiedy do Wielkiej Brytanii można już było wjechać bez wizy i gdy z tej sposobności chętnie zaczęły korzystać miliony Polaków. Tak zwana nowa emigracja to byli już zupełnie inni ludzie: młodsi, bardziej otwarci, pełni chęci do zmiany wszystkiego, co uważali, że zmienić trzeba. Mieli także zupełnie inne problemy i poczucie, że stara emigracja zupełnie ich nie rozumie. – Oni byli jakby z zupełnie innej bajki – mówi o Zjednoczeniu Polskim jeden z działaczy młodej emigracji. – Żyli w swoim własnym świecie i wydawało się, że zupełnie nie widzą, że ten prawdziwy znacznie się zmienił od końca wojny. My byliśmy tym głosem, który miał im powiedzieć: „Halo, Panowie, wojna się skończyła, pora lądować i spróbować żyć na ziemi.”

Za początek istnienia młodych organizacji polonijnych najchętniej przyjmuje się rok 2005, a ściślej pewne bezprecedensowe wydarzenie, które pozwoliło młodym zdać sobie sprawę z własnej siły i liczebności. Mowa o tzw. marszu papieskim, który kilka osób zorganizowało metodą poczty pantoflowej. Impulsem była śmierć Jana Pawła II i podobne marsze odbywające się w Polsce. Młodzi emigranci postanowili zrobić to samo w Londynie i zaczęli rozsyłać informacje o planowanej imprezie po swoich znajomych, prosząc o przekazanie ich dalej. Zjednoczenie Polskie, choć o akcji wiedziało, zachowało wtedy sporą rezerwę, najprawdopodobniej spodziewając się raczej niskiej frekwencji. Nie było zresztą w tych oczekiwaniach osamotnione. Metropolitan Police, choć o marszu została poinformowana, do jego zabezpieczenia wysłała zaledwie pięciu policjantów. Gdy na Trafalgar Square pojawiło się kilka tysięcy młodych Polaków, a zaraz za nimi tłum zaciekawionych tym wydarzeniem mediów, było już pewne, że przejdzie on do historii. – To uświadomiło nam samym, jak wielką jesteśmy siłą – mówi jeden z organizatorów marszu. – Pokazało też Zjednoczeniu Polskiemu, na jakim świecie naprawdę żyje – dodaje.

Czując taki wiatr w żaglach, trudno się dziwić, że organizatorzy marszu postanowili popłynąć dalej. Zaledwie kilka miesięcy później, już pod szyldem Poland Street, rozpoczęli pod polską ambasadą protest przeciwko podwójnemu opodatkowaniu. – Również i w tym przypadku scenariusz się powtórzył. – Kiedy prosiliśmy Zjednoczenie o poparcie dla tego przedsięwzięcia usłyszeliśmy, że własne brudy pierze się we własnym domu i taka akcja niczemu nie służy. A potem, gdy do akcji włączyły się media, wypowiadał się w nich prezes Zjednoczenia mówiąc, że inicjatywę od początku popierał – dodaje inny rozgoryczony eks-działacz Poland Street.

– Nie ma i nie było żadnych kontrowersji wokół zaangażowania ZP w obie te inicjatywy – mówi Wojciech Tuczyński, rzecznik ZP. – Organizatorzy marszu papieskiego nie kontaktowali się oficjalnie ze Zjednoczeniem, a mimo to rozesłaliśmy wśród swoich członków informacje o tym wydarzeniu. Mieliśmy też jasne zdanie w sprawie podwójnego opodatkowania, sami zresztą wcześniej poruszaliśmy tę kwestię na spotkaniach z polskimi politykami. A co do samego protestu pod konsulatem RP? Cóż, nie wszyscy uważają tę formę za właściwą, chociaż osobiście brałem w niej udział. Z drugiej strony trudno się dziwić Zjednoczeniu, że nie podchodziło z entuzjazmem do każdej inicjatywy młodej Polonii – tłumaczy rzecznik ZP. – Z tymi pomysłami występowali ludzie kompletnie nieznani, o których nikt nic nie wiedział. A ZP było uznawane za poważną i prestiżową organizację. Nie dziwię się, że ówczesny zarząd nie chciał pochopnie ryzykować swego dobrego imienia firmując nim inicjatywy nieznanego autorstwa.

Nieco jaśniej tło tego konfliktu wyjaśnia inny działacz ZP. – Pan Zbigniew Drzewiecki (jeden z założycieli i pierwszych prezesów Poland Street – przyp. red) od początku budował swą organizację w opozycji do Zjednoczenia, do którego z jakichś powodów był uprzedzony. Pamiętam jak na jednym ze spotkań, w obecności mediów, wprost powiedział, że władze Zjednoczenia składają się z ludzi starych, których czas już się skończył. Te osoby były wtedy obecne na sali. A byli to ludzie kulturalni, przyzwyczajeni do bardziej dyplomatycznego stylu wypowiedzi, których zaszokowała tak bezpardonowa wrogość z jego strony. Trudno się dziwić, że w takim klimacie Zjednoczenie zachowało dystans wobec tego typu ludzi i ich pomysłów – dodaje.

Skrzydła za prestiż?

Na taki komfort długo jednak ZP pozwolić sobie nie mogło. Po marszu papieskim i wiecu przeciw podwójnemu opodatkowaniu, które szerokim echem odbiły się w mediach i wobec „piaru” Poland Street, który zawsze był mocną stroną tej organizacji, nie sposób było przymykać oka na jej działalność. Wówczas Zjednoczenie pokusiło się o mistrzowskie zagranie: włożyło twardy kij w szprychy rozpędzonych kół młodej Polonii… zapraszając Poland Street w swe szeregi.

– W naszym zarządzie pojawili się wtedy ludzie, którzy twierdzili, że przynależność do Zjednoczenia może dodać prestiżu i przenieść nas z marginesu do centrum polonijnego życia – wspomina jeden z założycieli Poland Street. – Było to niedorzeczne, ale doszło do głosowania na zarządzie i… pomysł przeszedł jednym głosem. Kilka osób, włącznie ze mną, wycofało się wtedy z działalności w stowarzyszeniu. Przeczuwaliśmy, że to podetnie mu skrzydła – dodaje.

Czy rzeczywiście tak się stało, czy też PS rozpoczęła wtedy nowy etap swej działalności, to już kwestia indywidualnej oceny. Bezsprzecznie jednak skończył się wtedy czas wieców, protestów i walki, a środek ciężkości przesunął się… No właśnie, nie bardzo wiadomo, w jaką stronę. Akcje, które potem podejmowało Poland Street, nie były już tak spektakularne. Najważniejsze z nich to pielęgnowanie grobów polskich żołnierzy na cmentarzu Gunnersbury oraz zbiórki pieniędzy dla byłych żołnierzy AK w Polsce. Dopiero w grudniu 2008 roku, gdy stery PS przejął Jacek Winnicki, coś w organizacji drgnęło, choć wciąż nie bardzo wiadomo, w którą stronę.

Ostatni rok upłynął w działalności Poland Street pod znakiem Projektu 12 Miast, czyli klęski z ogromną determinacją przekuwanej w mediach na sukces. – Program przyciągnął w nasze szeregi wielu nowych, młodych członków – ocenia Monika Tkaczyk, która niedawno zrezygnowała z członkostwa w zarządzie organizacji. Nie taki był jednak jego cel, a zważywszy, że od kilku miesięcy program wisi na kołku, trudno uznać go za spektakularny sukces. Na internetowej stronie organizacji znajduje się informacja o kilku innych projektach, ale chyba żaden z nich nie ma szansy stać się wydarzeniem na miarę np. marszu papieskiego.

– W tej organizacji są ludzie z pasją i żyłką do działalności społecznej, ale brakuje w niej lidera, który mógłby ich ogarnąć i skierować w stronę jakiegoś celu – ocenia były założyciel PS.

– Problem organizacji polega na doraźności działań. Zdarza się świetny pomysł, ludzie zaczynają go realizować i nagle okazuje się, że jego koordynator przestaje się nim interesować, bo wraca do Polski albo zamierza zająć się czymś innym – dodaje Monika Tkaczyk.

Nie przeszkadza to jednak Poland Street w prowadzeniu aktywnego czy wręcz agresywnego PR-u, promującego organizację jako największy ruch polonijny w Wielkiej Brytanii. Działacze organizacji są bez wątpienia świetni w promowaniu takiego obrazu samych siebie i nie przepuszczają żadnej okazji, żeby pokazać się światu z jak najlepszej strony. To zaś kłuje w oczy, szczególnie tych, którzy działalność PS znają od podszewki. „Taki Poland Street ma może z 40 członków, a i tak nie wie, czego chce – głosi jeden z internetowych komentarzy. – Dzielą się na sekcje, wybierają zarząd, spotykają, aby dyskutować i niewiele poza tym. Ciekawe jest to, że nawet osoby, które zakładały tę organizację, mają jej dosyć i z niej wystąpiły. W większości składa się ona z ludzi, którzy pewnie chcą wrócić do Polski i po to się lansują, zaproszą jakiś tam urząd miasta, porobią sobie zdjęcia z kimś znanym i tyle…”.

Zdaniem internautów nikt przejmować się nie musi, ale nie tylko oni działalność organizacji widzą w tych barwach. Z powodu agresywnego lansowania się Poland Street wrze też w Zjednoczeniu. Czarę goryczy przelała niedawna prezentacja osiągnięć Poland Street, na której młodzi działacze pokazali swoje logo obok zdjęcia Wiktora Moszczyńskiego, długoletniego rzecznika Zjednoczenia, który nigdy nie był członkiem PS. ZP wysłało w tej sprawie sprostowanie do organizatora imprezy, zamierza też upomnieć członków Poland Street, że takie wyrywanie się przed szereg to co najmniej gruby nietakt. – Nie chciałbym nadawać zbyt wielkiego znaczenia temu wydarzeniu. Myślę, że rozmowa w tej sprawie wystarczy – mówi Wojciech Tuczyński, rzecznik ZP, przyznając jednak, że dojdzie do niej już po wyborach nowych władz PS, które przewidziane są na grudzień.

Zarzut promowania samych siebie za wszelką cenę to dla PS nie pierwszyzna. Głosy krytyki spadły na głowy organizatorów Drugiego Marszu Papieskiego w Londynie, w 2006 roku. Już wtedy miano za złe PS, że ich logo widziano tam częściej niż zdjęcie samego papieża. Obserwując medialne doniesienia z Wysp również trudno oprzeć się wrażeniu, że właśnie w PR Poland Street inwestuje najwięcej czasu i energii.

– Widać ich bardziej, bo nawet jeśli nie do końca profesjonalnie i nie wszystko im wychodzi, to coś jednak robią. W przeciwieństwie do Zjednoczenia Polskiego, które nie robi prawie nic – zarzuca swym oponentom były działacz PS. – To krzywdząca nieprawda – mówi natomiast rzecznik Tuczyński. – ZP to federacja 75 różnych organizacji członkowskich ( w tym nowych m.in. właśnie Poland Street, Polish Professionals, Polish City Club, Polish Psychologist Club), z których każda coś robi. Działalność władz ZP jest może mniej medialna od głośnych medialnie projektów, ale charakteryzuje się trwałością i solidnością podejmowanych kroków – dodaje.

I tak ta piłeczka może fruwać to pingpongowym stole w nieskończoność, choć trudno się oprzeć wrażeniu, że w ten sposób nikt żadnego meczu nie wygra. Przegrać mogą go natomiast Polacy mieszkający w Wielkiej Brytanii. I to w dwóch setach. Po pierwsze dlatego, że zajętym własnymi kłótniami działaczom nie starczy już sił, żeby ich gdziekolwiek reprezentować, po drugie zaś, bo niezgoda rujnuje, a im bardziej Polonia będzie podzielona, tym trudniej jej będzie się o swoje upominać. A o to przecież kiedyś chodziło wszystkim polonijnym organizacjom.


http://www.apsik.co.uk/artykuly/artykuly.php?akcja=dodaj_opinie&id_artykuly=1280

Młoda Polonia przejmuje stery Na Emigracji


Ilona Blicharz / Fot. MOJAWYSPA.CO.UK

Życie na Wyspach 09-11-2009

Polacy w Wielkiej Brytanii to nie tylko polskie sklepy, piekarnie czy zakłady fryzjerskie – to także ogromna siła gospodarcza i polityczna, która właśnie zaczyna dochodzić do głosu.
Młodzi emigranci tworzą coraz to nowe organizacje polonijne i są aktywnymi działaczami. Zauważyło to również polskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych, które zastanawia się nad zmianą polityki emigracyjnej. Kiedy Polska przystępowała w 2004 roku do Unii Europejskiej, nikt nie spodziewał się, że przyniesie to tak wiele zmian. Otwarte granice, a jednocześnie trudna sytuacja w kraju sprawiły, że z Polski masowo zaczęli wyjeżdżać młodzi, często wykształceni ludzie w poszukiwaniu pracy i lepszego życia. – Patrzyliśmy na to i nie wiedzieliśmy, co myśleć. Wydawało się, że młodzi ludzie, którzy przyjadą tutaj zasymilują się z tutejszym społeczeństwem i nie będą chcieli angażować się w sprawy rodaków. Okazuje się, że jest zupełnie inaczej – mówi Jan Mokrzycki, wiceprezes Zjednoczenia Polskiego w Wielkiej Brytanii – organizacji koordynującej działalność Polonii na Wyspach. Jak zauważa Zjednoczenie, w ciągu ostatniego roku nowe polonijne organizacje powstają jak grzyby po deszczu. Stowarzyszenia, związki czy grupy tworzą się już nie tylko w Londynie, ale niemal w całym kraju. Z 72 zarejestrowanych w ZPWB organizacji już jedna szósta to organizacje stworzone przez tzw. nowych emigrantów. Na zarejestrowanie czekają kolejne. Młodzi odnawiają również stare struktury, które były na skraju upadku lub istniały tylko formalnie. Tak się stało np. w Derby, gdzie nowe pokolenie postanowiło reaktywować istniejące przed laty stowarzyszenie. – Przybyli po 2004 roku Polacy już się ustatkowali, znaleźli pracę, stworzyli domy i chcą zaangażować się społecznie – mówi Mokrzycki. Jak zauważają badacze i eksperci, działalność społeczna młodych emigrantów różni się od starych tradycji polonijnych. Nie jest nastawiona na przetrwanie polskości i wielkie cele patriotyczne, ale na szarą codzienność.
Organizacje powstają po to, aby komuś pomóc, aby się integrować, realizować swoje hobby i zainteresowania. Z tego powodu w działalność społeczną zaangażowała się 33-letnia Monika Tkaczyk, sekretarz powstałego pod koniec 2005 roku stowarzyszenia Poland Street. – Zachęcił mnie do tego mój 15-letni syn, który w organizacji poszukiwał kolegów. Poznałam to środowisko, zauważyłam, że robią coś interesującego i wciągnęłam się. Daje mi to ogromną satysfakcję oraz wiele ciekawych doświadczeń – mówi.Dopiero od niedawna społecznie działa mieszkający od 13 lat w Wielkiej Brytanii Michał Nowak, dziś członek Rady Wykonawczej stowarzyszenia Polish Proffesionals in London (PPL), zrzeszającego polskich specjalistów pracujących na Wyspach. – Wcześniej nie miałem styczności z Polakami. To się zmieniło po 2004 roku, kiedy ta społeczność dynamicznie się rozwinęła. Pojawiły się nowe potrzeby i problemy – mówi.
Młodzi mają swój pomysł na Polonię – to nie ma być wąska, odizolowana grupa – organizacje powstają po to, aby pomagać ludziom radzić sobie w nowym środowisku, robić karierę i się rozwijać, rozumieć nową kulturę. – Chcemy dodać Polakom pewności siebie, pokazać potrzebę tworzenia społeczeństwa obywatelskiego – mówi Michał Nowak.Mimo że działalnością społeczną są zainteresowane najczęściej jednostki, to ogromna większość Polaków chce uczestniczyć w życiu tej społeczności. Czasami korzystając z jej pomocy, najczęściej po prostu towarzysko. – Sama nie mam zbyt wiele czasu na taką działalność. Wiadomo – dom, praca. Ale cieszę się, że jest miejsce, gdzie mogę miło spędzić czas wśród rodaków – mówi 28-letnia Zofia, mieszkająca w Birmingham.Nowi emigranci są skupieni przede wszystkim na pracy. Rzadko chcą się angażować politycznie. Zjednoczenie Polskie przekonuje jednak, że uczestniczenie w lokalnej polityce jest po prostu opłacalne. – Musimy przekonać Polaków, że jeśli będą aktywnymi wyborcami w UK, nasza siła negocjacyjna znacznie się zwiększy – mówi Jan Mokrzycki. Świadomość tego mają też nowe organizacje – w maju 2008 r. kilka z nich przeprowadziło głośną kampanię zachęcającą do głosowania podczas wyborów na burmistrza Londynu. Akcja „Polacy głosują” była wznowiona również podczas ostatnich wyborów do Parlamentu Europejskiego.